Wniebowstąpienie Grześkowiaka

Kazimierz Grześkowiak zjadł świeczkę, popił i zaczął się unosić. Kuny złapały go za nogawki. Kun czepiła się asica, asicy czepiły się gacoperze. Czepiło się Grześkowiaka pole, czepił się go las, wódka się go czepiła i dzicy politycy, i dialekt dorzecza Wieprza i Świnki, i siedem wiecznych wzgórz Lublina.

Im więcej się go czepiło, tym wyżej leciał. Na koniec czepiła się go Boża Wola.

Zostało po nim kilka ciekawostek w naszym nudnym miasteczku:

grób w trzynastym sektorze cmentarza na Lipowej

półchińskie danie w restauracji „Hades”

niewydana książka

piosenki

inne

Grób odwiedziłem w niedzielę. Napisane ma: poeta, muzyk, literat. Szukając grobu, przypomniałem sobie pierwszą piosenkę Grześkowiaka, którą usłyszałem: „Chłop żywemu nie przepuści”.

Teraz, gdy leży na Lipowej ma od wszystkich przepuszczone. Prawie. Lublin bowiem jest gorszy, jak chłop. Nie przepuszcza nieżywemu.

Powinien mieć poeta i muzyk pomnik. Ulicę. To w końcu jeden z „Silnej Grupy pod Wezwaniem”. To człowiek, który próbował zrobić w Lublinie happening i na ulicy Chrobrego wyrzucił lodówkę z siódmego piętra.

Przeżyte lata (57) sugerują, że Grześkowiak nie stronił. Rzeczywiście. Nie przypadkiem jego autorskie danie, do dziś serwowane w „Hadesie”, to golonka gotowana w wódce. Pół życia podskakiwał na ogniu według tego przepisu.

„Obszczymurki”, książka, jaką zostawił, opisuje dno alkoholizmu i odbicie się. Jest to więc powieść o cudzie.

Z opisu jest ciekawa i nieciekawa. Monolog pijacki okraszony psychoanalizą to stroma ścieżka, wąska brama dla literata. Ponoć ostatni, któremu się to udało, zapił się jeszcze w ZSRR. Nie dowiemy się jednak, czy się to powiodło. Nie dowiemy się, jak Grześkowiak picie w końcu rzucił, książka ta opisywała właśnie takie jego zwycięstwo.

Od jego śmierci rękopis czeka. Zdecydowała o tym w niejasnych okolicznościach rada miasta Lublina. Ludzie formatu lubelskich radnych, ludzie kultury i nauki, światowej sławy abstynenci, nie mogli dać na tak nazwaną książkę.

Ktoś powie, że dobra pozycja obroni się sama i coś w tym jest, tylko pamiętajmy, że jesteśmy w Lublinie.

Rada z 1999 roku odmówiła na szerszej fali piętnowania tego poety. Kazimierz Grześkowiak, za jakieś antyklerykalne harce, spadał w latach dziewięćdziesiątych z tutejszych ambon.

Stawiam, że zrzucał go stamtąd słynny Gienek, albo inny egzegeta, mecenas kultury podobnego kalibru. To, co z ambon u nas spada nieczęsto jest równie sensowne, jak zepsuta lodówka Grześkowiaka.

W każdym razie książka drzemie w archiwum rodzinnym Grześkowiaka i dlatego nie mogę się nad nią wyzłośliwiać.

Wyzłośliwiałbym się zaś nad „Obszczymurkami” bez litości. Tak bowiem należy postępować z tekstami autorów, którym zdarzyło się napisać coś genialnego.

Zostały nam po wniebowstąpieniu Grześkowiaka co najmniej trzy takie piosenki.

Piosenki Grześkowiaka są dwoiste. Jedne dobre i inne to „Rozprawa o robokach„, „Chłop żywemu nie przepuści” oraz „W południe„.

Pierwsza z nich wygra finałową edycję Eurowizji, jaką urządzą w niebie aniołowie, gdy już przyroda i głupota dojdą do porozumienia, czym uwieńczyć dzieje naszego dumnego gatunku.

„Roboki” są doskonałe. Należy ich słuchać bądź na żywo, bądź mając przed oczami tekst. Większość napisanej po polsku literatury nie jest warta jednego zdania z nich, choćby tego o dwoistości kun. Wybaczamy przy tym Grześkowiakowi ukłon w stronę Europy wspomnieniem w utworze „Zemsty nietoperza”.

Grześkowiak powiązał jak sznurkiem małe zwierzęta drapieżne, paradoks drapania i Pana Boga. Sznurek ten niewiele ma sobie równych w naszej mowie.

A „Chłop żywemu nie przepuści”! Nie zapomnę nigdy teledysku z siekierą walącą w pniak.

„W południe” zaś to już teologia i poezja na poziomie księgi psalmów. Bez Grześkowiaka ja, głupi, nie wiedziałbym, czyja Wola chodzi po drogach.

Łączył zresztą poeta ten dwa skrzydła, wiarę i rozum, bo nieocenione usługi oddał w „Robokach” nie tylko teologom, lecz i badaczom nietoperzy:

Gacopyz panie, to mówią, ze to mysa, ze to tako mysa, co świeckę w kościele zjadła i wniebowstąpienia dostąpiła. A to nie je mysa ino gacopyz. To je punie nadpsyrodzóne. Nadpsyrodzóne, to głową na dół śpi! Jakby cłowiek tak kłónia głową na dół powiesiół, to nie łuśnie. A jak by nawet łusnął to zdechnie. Bo mu krew do głowy pójdzie i żyłka mu w mózgu pynknie. A to je gacopyz, punie to nadpsyrodzóne! Ino mściwe punie, mściwe.

Badacze ludzi mają gorzej, niż nietoperzy. To znana zagwozdka – czy naprawdę każdy zdechnie? Co do Grześkowiaka to jasne. Nie powisiałby, nie usnął.

Są ludzie, którym ma co pękać.


*Na obrazku niemiecka tradycja ludowa, związana z Grześkowiakiem o tyle, o ile podobałaby mu się chyba taka ludzka piramida roboków, w sensie, że kun. 🙂

Dodaj komentarz