Samuel Zborowski, Jarosław Marek Rymkiewicz

Tak książka okazała się długą nitką do ważnego kłębka.

Gdyby kłębka nie było, sama w sobie też się broni. Horda tatarska pędzi w niej „Biedronkę”, a Rymkiewicz pędzi przez historię. Książka ta jest obietnicą wspaniałej, historycznej powieści. Takiej, którą z zadowoleniem czytałoby się po Trylogii Sienkiewicza. Tylko, że jak u Sienkiewicza jest wrażenie oglądania litografii, tak u Rymkiewicza jest obraz kolorysty, kogoś jak Chagall. U Sienkiewicza słowa brzmią kształtami, wyraźnymi rysami, a u Rymkiewicza zdania to pulsujące kolory.

„Samuel Zborowski” jest książką celowo nie obróconą w powieść. Jest powieścią rozbitą i to jest nauka tej książki. Życie jest rozbite na kawałki, człowiek jest rozbity. Takie podejście może zabrać wiele rzeczy, orientację, na przykład, albo nadzieję. To jednak, co daje, to wolność i Rymkiewicz ostentacyjnie z tej wolności korzysta.

Na przykład jest przeciwnikiem postępu. Wytycza naszemu postępowemu światu sprawę. Dowodem w niej ma być dostęp do wina. Jeśli za czasów Zborowskiego było o dobre wino łatwiej, to tamta cywilizacja stoi wyżej. Tu znów pojawia się „Biedronka” i rozstrzyga sprawę, ale, uwaga, Rymkiewiczowi ten wniosek nie odpowiada, wiec pomija go milczeniem, choć czyni oczywistym dla czytelnika. To u nas łatwiej o tę rzecz, którą miał fantazję uczynić papierkiem lakmusowym.

Nawet Jan Kochanowski, choć dorabiał się i na pracy chłopów, i na własnej poezji, musiał się co do win ograniczać.

Samuel Zborowski to dla Rymkiewicza żywy dowód, że człowiek potrafi być tak wolny, do tego stopnia, jak jastrząb albo lis, albo żuk. Człowiek naturalnie wolny to Polak. Polska to dla człowieka środowisko naturalne.

Gdyby to była powieść, na nie fragmenty o piwniczce Kochanowskiego, o prawie bartnym, o pewnej uciętej, łysej czaszce, to byłaby to powieść bardzo dobra. Uwodziłaby, malowałaby się wobec nas szczegółami. Mam wrażenie, że trzymałem w dłoniach ubranie, jakie zdjął z siebie Zborowski tamtego ranka. Mam wrażenie, że widzę jego sylwetkę na koniu. Mam wrażenie, że ulicami Krakowa, jakie Rymkiewicz opisał, cieknie jeszcze Zborowskiego krew.

Podczas pisania „Samuela Zborowskiego” Rymkiewicz był w połowie drogi do napisania powieści. Znał wagę szczegółu. Pozbył się też przeświadczenia, dziś powszechnego, że powieść jest kłamstwem, bo się to tak nie wydarzyło.

W momentach, w jakich ta nienapisana powieść w „Samuelu Zborowskim” błyska, Rymkiewicz powtarza, bardziej sobie, niż nam, że nie wiadomo, jak się zdarzyło, lecz kto wie, czy nie właśnie tak, jak sobie to Rymkiewicz wyobraża?

W powieści, którą Rymkiewicz faktycznie napisał, w „Rozmowach polskich w 1983 roku”, jego alter ego, pan Mareczek, wypoczywający w okolicach Sejn i Suwałk, wzbrania się i nieco nawet brzydzi fikcją powieści. Te rozmowy czytałem, bo skądś mnie doszło, że pisze w nim o litewskiej księżniczce, która żyła w udanym małżeństwie z wężem wodnym. Także i po to, by zobaczyć, po „Samuelu”, jak Rymkiewiczowi udała się powieść. A są tam rzeczy nawet większe. Powieść zaczyna się od troski Polaka, który nie potrafi myśleć o niczym, jak tylko o Polsce, o Adasia Michnika. Bohaterowie dywagują, czy prawego Adasia Kuroń przypadkiem nie posadzi, jeśli kiedyś dojdzie do władzy.

Bohaterowie tej powieści, czy raczej półpowieści z kawałkiem małym całej, innej powieści, nie wiedzą, czy czas rządów Kuronia nastanie. Nie wiedzą, czy ZSRR i PRL potrwa siedem, czy tysiąc lat.

Najważniejsze i to jest kłębek, do którego trafiłem, to to, że pan Mareczek, alter ego Rymkiewicza, bardzo chwali pisarstwo Izaaka Bashimowa Singera.

Singera znałem z dwu powieści, jednej o Piaskach (znany „Sztukmistrz z Lublina”), drugiej o Lublinie, „Dziedzictwo”. Nie znałem natomiast opowiadań, a Rymkiewicz ostatecznie mnie zachęcił.

Otóż ponad te dwie znane mi powieści wznosi się wieża, jaką są opowiadania Singera. Wieża ta przerasta Babel, a jednak Pan jakoś jej nie zburzył. Nie pomieszał mądremu Żydowi języka. Opowiadania te czytują w Niebiosach Kohelet, Jan i Dawid, a pewnie i Syn Dawida.

Otóż z tych to opowiadań w dużej mierze wzięła się, czy dzięki nim się skrystalizowała, największa poezja Rymkiewicza, ta z „Zachodu Słońca w Milanówku”, ta o Bogu i o zwierzętach, i o sprawie, która między nimi jest. Takie mam wrażenie.

Opowiadania Singera i dwuwiersze Rymkiewicza to piękny bunt wobec czasu.