Uwolniona. Jak wykształcenie odmieniło moje życie, Tara Westover

Wydawać się może, że dziewczynka z domu przytulonego do kupy złomu i do dzikiej góry, nie stworzy dzieła na miarę „Iliady”. Na pewno nie, jak by mogła? Bez szkoły? Właśnie szkoły napełniły świat ludźmi, którym pewne rzeczy do końca życia będą się wydawać.

Pierwsze zdania książki sprawiły, że długo się śmiałem. Opowieść, jak Tara zdobyła swoją wolność, nie jest pieśnią na cześć szkolnej ławki. Przeciwnie. Oddziela ziarno wykształcenia od plew tego, co wśród nas za wykształcenie uchodzi. Pracownicy uczelni przed czytaniem tej książki powinni głośno pięć razy powtórzyć, „jestem wykształconym człowiekiem”. Profesorowie powinni oddawać się tej lekturze wyłącznie z napisem „wiele warte są moje tytuły” na cały czas widoczniej zakładce.

Dziewczynka z wysypiska, galopująca na mustangach przez prerię, układająca towary w lokalnym sklepiku, niby przypadkiem i na marginesie na nowo definiuje wykształcenie.

Zwłaszcza wykształcenie kobiet.

Książka ta będzie czytana w Sudanie i w Ugandzie, w Nigrze i w Somalii, w Arabii Saudów i w Iranie ajatollachów, będzie czytana na głębokim Południu Stanów i w wioskach na Podkarpaciu, będzie czytana w favelach Brazylii i na pampie Argentyny, będzie czytana w taborach Romów i Tuaregów, w slamsach i w barakach niewolników. Będzie czytana w Indiach, włożona w okładkę jakiegoś eposu. Będzie czytana w polskich zakonach. Będzie czytana w mormońskim stanie Utah. Będzie czytana w Japonii, będzie czytana w Chinach.

Będzie czytana zwłaszcza przez żeńską część ludzkości. Jej tekst znajdzie czytelników i podbije ich jej przesłanie. Na tę książkę kurz półek będzie bardzo długo czekał.

Dziewczynki i kobiety będą za to czytanie wyśmiewane, krytykowane, przeklinane, molestowane, bite i zabijane. Czytając, będą płakać, śmiać się, znów płakać, zaciskać usta i rozumieć. Coraz więcej ich będzie czytać. Coraz więcej będzie pisać. W szkole, bez szkoły lub mimo szkoły, będą zdobywać edukację.

Babilon runie.

Tyle mojego proroctwa.

Teraz powiem, dlaczego napisałem, że „Uwolniona” jest jak „Iliada”.

Zygmunt Kubiak zauważył kiedyś, że w Iliadzie niewolnice opłakujące padłego herosa płaczą nie nad nim, ale nad swoim losem. Dostrzeżenie tego to początek cywilizacji wartej tego miana.

Patrząc na dorastanie tej kobiety, można otrzeźwieć. Nie lądowanie na Księżycu jest osiągnięciem, ale wewnętrzna wolność i myślenie człowieka.

To zaś, co najpiękniejsze u Tary, to fakt, że jej opowieść o życiu w cieniu góry nie jest oskarżeniem, przeciwnie, nie jest tak naprawdę sądem nawet nad szkołami, ani nad rodziną, ani nad obsługiwaniem zgniatacza złomu przez dziecko, nad zalewaniem płatków śniadaniowych wodą w imię proroka Izajasza, ani nad religią, czy mormońską, jaką wyznaje jej lud w Idaho, czy jakąkolwiek inną. Nie jest sądem nad homeopatią, nad leczeniem energiami, nad wiarą w apokalipsę za rogiem, nad ludźmi, którzy widzą tylko to, co chcą widzieć też nie. Nawet nad biciem nie jest.

Jeśli komuś wydaje się, że nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni nie sprawdza się w życiu, powinien spróbować wspinaczki na górę Tary.

Jest „Uwolniona” uniewinnieniem, obroną, miłosierdziem, jakie wyświadcza nawet złym ludziom prawda, o ile spojrzymy jej w oczy.

Nieraz ojciec Tary, uparty jak kuria, sprawiał, że przestawałem słuchać książki nawet na parę dni. Ile można potykać się o ten sam kamień i ciągnąć za sobą dzieci? A jednak jest ta książka wyznaniem miłości do tego człowieka i to ocala go, a ze wspomnień Tary czyni arcydzieło.

Religia Mormona opiera się na wierze w to, że Bóg objawił Josephowi Smithowi prawdę na złotych tablicach zapisanych tajemnym pismem. Stąd Księga Mormona. Na niej Tara uczyła się czytać. Uczyła się pisać, tworząc do niej komentarze.

Jej opowieść o tym, jak się kształciła, każdego zmniejszać będzie liczbę ludzi skłonnych do wiary w to, że Bóg stawia złote tablice wyżej życia.

Dodaj komentarz