Kartki znalezione na ambonie

Rysuję drzewo ewolucji mediów. Na gałęziach siedzą pisarze zwojów, drukarze, dziennikarze, wyżej nadaje radiowiec, ktoś w gąszczu robi telewizję, a na czubku, jak wrona z kawału, siedzą youtuberzy, a blogerzy stukają jak dzięcioły. Z tej wysokości ledwo widać, kto siedzi na samym dole. Rysuję tam gościa w piórach i muszlach, szamana. Gdyby rzemiosło swoje praktykował dziś, nosiłby koloratkę. Jego zawód to temat tego eseju.

To drugi zawód Pana Jezusa, po ciesielce, a mój pierwszy, po maturze. Pradziadek mass mediów. Kaznodzieja.

Zestawienie głoszenia kazań z mediami rodzi pytanie — gdzie tu medium? Człowiek mówi nad głowami. I tyle. Kazanie to środek przekazu bez środka przekazu, głos tylko, ale domyślamy się, że coś jeszcze. Między pojedynczymi ustami a tłumem uszu biegną niewidzialne linie i to biegną w obie strony, niczym druty pierwszych telefonów w aglomeracji, zbiegają się na ambonie. Jak je dostrzec? Z czego są zrobione? Co się stanie, gdy ich dotkniesz?

Narysowałem więc pierwszego kaznodzieję pod drzewem komunikacji, niby Newtona albo rajskiego węża, ale tak naprawdę powinienem umieścić go w korzeniach, tak, by zapuszczały się w jego mózg.

Kazanie? Dlaczego?

Gdy piszę te słowa, po drugiej stronie ulicy Lipowej, na cmentarzu, huczy puszczyk. W głoszeniu jest coś pierwotnego, zwierzęcego. A przecież, przy całym, nieraz ogromnym podobieństwie do pohukiwań, kaznodziejskie życie ludzi jest z całej przyrody najciekawsze. Bo nigdy nie wiesz, co powie ten człowiek, który właśnie staje na ambonie. Może powie o papieżu, może o Małym Księciu, a może o prezesie? Może on sam jeszcze nie wie? Tak naprawdę, co spadnie z ambony, to Bóg jeden wie, a czasem powstaje wrażenie, że nawet Jego kaznodzieja zaskoczył. 

Spójrzmy na początki kaznodziejstwa. Człowiek ubrany w pióra włazi na kamień. Zaraz całe plemię usłyszy, że trzeba wykopać pułapkę na mamuty, że czas zrobić krzywdę innemu plemieniu, albo zatańczyć w wielkim kole. Polityka i religia. Kaznodziejstwo oznacza poważne tematy. Także teraz tysiące kaznodziejów wychodzi na ambony. Ludzie wyciszają telefony, patrzą na usta, które zaraz się otworzą.

Ambony te bywają rozmaite. 

Pani w przedszkolu pokazuje dzieciom patyczaka i mówi o empatii. Akwizytor zachwala inteligentny garnek. Wykładowca TED zbiera oklaski. Ale bywa też mroczniej. Wystarczy wspomnieć krzyki niecierpliwego malarza (Hitler) czy bulgotanie byłego seminarzysty (Stalin).  Echo po nich jeszcze huczy. Nawet teraz, gdzieś w Ujgurii, w obozie koncentracyjnym, urzędnik głosi więźniom nieistnienie Allaha i istnienie KPCH. Przemawianie ma się więc dobrze, choć bywa złe. Żyje na całej ziemi w mnóstwie odmian.

Esej ten opowie o pierwszym skojarzeniu, jakie Polka ma ze słowem kazanie. Jego tłem zapachowym będzie pasta do podłogi, kadzidło i stare drewno ławek. Spotkamy w nim, prócz księży, antropologów, filozofów, a poza tym szympansy, kruki, antychrysta i moją babcię. W kieszeni tekst ten ma koloratkę, w ręku książki popularnonaukowe. Powie o tym, czego nauczyło mnie, jak to ujął Paweł Apostoł, głupstwo głoszenia.

Co to jest kazanie?

Pierwsze kazanie, jakie pamiętam, wygłoszono czterdzieści lat przed moim urodzeniem. 

Mała Stefa stoi pod amboną w kościele Trójcy Przenajświętszej, w Wiśle koło Pszczyny. Piękne miejsce. Jedno z tych, w które Pan Bóg pocałował Ziemię. Ale wtedy było strasznie. Ksiądz Franciszek Dobrowolski, wspomina Stefa, był czerwony z nerwów. Parę lat spowiadał na transatlantyku, ale dopiero, gdy osiadł na parafii w Wiśle, dorwały go prawdziwe sztormy. Wojna i dwie okupacje. Świadom, że ma mało czasu, temat kazania ograniczył do dwu przykazań. Nie kradnij. Nie pożądaj żadnej rzeczy bliźniego swego. Powtarzał te dwa z Dziesięciorga, a dzieci za nim. Stefa opowiadała mi to kazanie po pół wieku, a ja, mając kilka lat, rozumiałem, że raczej nie zostanę komunistą, już prędzej księdzem. 

To, co zapamiętała Stefa, idealnie pasuje do pierwszej definicji kazania ze słownika. Kazanie to 1) przemówienie wygłaszane przez duchownego do wiernych w czasie nabożeństwa; też: napisany tekst tego przemówienia. Duchowny to Franciszek, wierni to dzieci, ale też ich rodzice, pobożni śląscy gospodarze w swych imiennych ławkach. Nabożeństwo to niedzielna msza. Zapisać kazania na papierze, jak widać, nie było potrzeby.

Kazanie Dobrowolskiego obala natomiast połowę drugiej definicji ze słownika: kazanie to 2) długie i nudne moralizowanie. Moralizowanie, owszem, ale ani długie, ani nudne. Ksiądz Franciszek był inteligentny i gorliwy. Dorośli, słuchając go, żałowali, że odejdzie z Wisły. Zarzutem nowych władz były sympatie proniemieckie. Wobec człowieka, który dawał za okupacji młodzieży „Quo Vadis” do czytania.

Słowem, temu kaznodziei umysł i charakter pozwoliły wymknąć się nudzie z definicji. Jego kazanie świetnie nadaje się na przykład przy wyjaśnianiu, po co kazania są. Nie tylko, jaki cel kazań ludzie deklarują w podręcznikach kaznodziejstwa, ale co kazanie robi. 

[Koniec części pierwszej]

uwagi

  1. Słyszałem kiedyś o tych imiennych ławkach od studentów którzy pochodzili z Górnego Śląska , zawsze wzbudzało to we mnie jakieś zdziwienie bo chyba trzeba było kupować za opłatą u księdza takie miejsca.
    Co do kazań to obok nich są jeszcze homilie – kiedyś w liceum ksiądz tłumaczył nam różnice między tymi dwoma głoszeniami.
    Osobiście wolę kazania/homilie zdecydowanie krótkie, góra 20 minut a nawet krótsze bo i tak po jakimś czasie połowa ludzi wyłącza się lub zamyka oczy i spogląda na zegarek. Zresztą coś sensownego można powiedzieć w skrócie. Pamiętam, że czarę goryczy przelało jakieś kazanie Dominikanina, który był gościem w katedrze. Chyba 50 minut samego kazania. O tyle mnie to zdenerwowalo, że był chrzest dzieci i szkoda mi było tych maluchów i rodziców bo całość mszy trwała ponad 1,5 h. Zapomnijmy też o tym, co pokazał papież Franciszek który zachęcał w kaplicy sykstynskiej by nie wstydzić się karmić niemowląt, poza tym papa mówi zawsze krótko i na temat. Bardzo krótko ale mi to nie przeszkadza

  2. Jeszcze jedno. Księżom brakuje informacji zwrotnej co się ludziom w kazaniu podobało, czy było za długie, czy za krótkie. Może pojedyncze osoby z kolek parafialnych coś powiedzą ale reszta wychodzi z Kościoła i nic nie mówi. Może kapłani nie chcą znać opinii, bo tak im łatwiej

  3. Tak, z ławkami to prawda, a to nie jedyny sposób, w jaki ludzie rzucają tam kasą w księży. Przedziwny naród.

    Rozróżnianie między homilią, a kazaniem uważam za mylące, takie dzielenie włosów anielskich na czole na łysinie kanonika. Ale nie walczę z tym, po prostu nie wspominam, i tak długi ten mój esej.

    Co do kazania tego dominikanina na chrzcie, no to mógł dodać jeszcze trochę, zrobić przygotowanie do I Komunii Świętej i od razu dzieciom udzielić, byłoby z głowy. Co do Franciszka, cóż, duszpasterz!

Leave a Reply