Prawosławizacja Kościoła w Polsce

Są rzeczy zbyt wielkie, by je zauważyć. Czy należy do nich prawosławizacja Kościoła katolickiego? Tak, przy czym nie jest ona ani dobra, ani zła sama w sobie. Jedyne, co sama w sobie ma, to to, że jak każdy przejaw życia, kościelnego, jest ciekawa.

Ciekawe jest przejmowanie przez katolików rzeczy z prawosławia.

Prawosławizacja tak, jak mówi się o protestantyzacji, albo pentakostalizacji. W protestantyzacji chodzi o przejmowanie przez katolików tego, co robią protestanci. O protestantyzacji trochę się mówi, dobrze, czy źle. O prawosławizacji zaś nie słyszałem w ogóle, chyba, że chodziło o czasy carskie. Wtedy chodziło o przemoc, zwłaszcza wobec unitów, przykładowo w okolicach Chełma.

Dziś chodzi o miększy wpływ.

Józef Bocheński, dominikanin, katolik, człowiek Zachodu, widział nas, Polaków po II wojnie, jako ludzi już prawie Ruskich. Że to Moskwa ze swoimi metodami zastąpiła nam Rzym. On to mówił na złe, ja zacznę od oznak co najmniej obojętnych.

To, co widać, to na przykład, brody. Kiedyś rzymski ksiądz był ogolony, teraz często przypomina brodatego batiuszkę.

To, co widać, to jeszcze bardziej ikony. Jest ich coraz więcej w kościołach i w mieszkaniach katolików. Patrzymy na nie z podziwem. Piszemy do „Gościa Niedzielnego” artykuł, że ikony są pisane. Malowano na Zachodzie, na Wschodzie pisze się obrazy, które są święte.

Tylko, że malowano na Zachodzie chociażby sufit Sykstyny, albo wielkie płótna, w rodzaju „Straży Nocnej”. Czy Rembrandt malował „Straż Nocną” i wobec tego należy, razem z panami, którzy zamalowują jakiś napis na bloku, na przykład napis „kocham prałata”, do rzędu malarzy? Rzędu niższego od ikonopisów?

Czy pędzel Rembrandta nie przekazywał myśli?

Zaraz, zaraz, powiedzą apologeci ikony. Przecież ikony mają swój kanon, swoją symbolikę, pradawną i uświęconą przez pierwsze sobory! Kto je tworzy, pisze pędzlem według kanonu. Tak, ale kanon Rembrandta van Rijna ustanowił Pan Bóg Wszechmogący, stwarzając materię i światło, i lepiąc milionami lat nasze ciała i mózgi po rajskich lasach, i sawannach. Jego kanon powstał na długo przed tym, jak brodaci biskupi liczyli kamyki na soborze w Nicei za lub przeciw obrazom.

Według tego kanonu napisał Rembrandt pędzlem całe powieści, jak „Straż Nocna”, albo komentarze do ksiąg Starego Testamentu, jak „Żydowska Narzeczona”, może najlepsze z napisanych.

Rembrandta jeszcze teolodzy zauważą, łaskawi. Czasem zauważą, bo zauważenie swoich skarbów idzie wbrew autokrytycyzmowi, wbrew zachodniej pokusie bicia się w piersi i surowego oceniania przodków.

Zachód lubi pokutę. Wystarczy spojrzeć dziś na małą Gretę od klimatu. Zachód lubi też nowości. Ikona wobec mistrzów Zachodu ma posmak nowości. Zachód tonie w humanizmie, a prawosławne obrazy nie są tak humanistyczne jak Rafaele i Rembrandty. Przecież humanizm zdradził katolików! Żaden natomiast humanizm nie zdradził prawosławia. Taki syn marnotrawny nie opuścił ich domu.

Ważniejsze zaś od tego wyżej jest to, że ikony są proste. Pasują do królującej w świecie, prostej estetyki. Dlatego wieszamy je po kościołach, linie twarzy Pana Jezusa pasują do linii naszych ubrań, telefonów, samochodów, zabawek.

Bywają ikony naprawdę uduchowione i przyznaję, że to też ma znaczenie. Postawcie mnie przed krzyżem z ikoną staroobrzędowców, a po pięciu minutach będę płakał i będę skruszony.

Jak w ikonach, widać prawosławizację w muzyce. O czym marzy nocami najwybitniejszy chór parafialny z Radomia, albo schola z Białego Pola? O prawosławnym akatyście ku czci Bogarodzicy! „Ave Maris Stella” może się przyśnić im najwyżej jako koszmar. Choć chyba napisanie, że chorał gregoriański śni się jako koszmar jest zbyt surowym sądem nad kimkolwiek.

Obrazy, muzyka, ale i teologia ulega wpływom Cerkwi.

Dzisiejszy sposób uprawiania teologii jest bardziej wschodni, niż to bywało. Za wschodni uważam taki, w którym tajemnica ma przewagę nad rozumem. Jeszcze jako dziecko uczyłem się stu sześćdziesięciu pytań katechizmowych przez I Komunią. Nauczywszy się ich, miałem w głowie cały system myślowy, całkiem szczegółowo skrojoną filozofię. Takie coś to Esencja Zachodu.

Tomasz z Akwinu to arcyteolog Zachodu. Dla niego teologia mogła rzeczowo mówić nawet na temat tego, skąd wziął się gołąb, co go Jan Chrzciciel zobaczył nad Panem Jezusem, gdy chrzcili się w Jordanie. Czy gołąb ten był ptakiem? Co miał wspólnego z Duchem Świętym? Czy mógł uwić gniazdo z innym, świeckim gołębiem, gdy już zrobił swoje nad rzeką? Tomasz potrafił dokładnie odpowiedzieć na takie pytania i wogóle, na każde.

To właśnie model Zachodni, mocny w szczegółach, mocny w logice, ale słaby właśnie tą mocą. Nie to, że nie ma w nim Tajemnicy, ale świeci ta Tajemnica jak witraż w południe, a nie błyszczy jak ikona w mroku.

Wschód zaś zaczyna teologię od powiedzenia, to wielka Tajemnica, potem mówi jeszcze trochę, nie za dużo, najlepiej językiem symboli, o Panu Bogu, potem znów zaznacza, że to Tajemnica, dodaje jeszcze to i owo z liturgii i kończy mocno podkreślając, że to, co wyczytałeś w tej teologii, nie mieści się tak naprawdę w głowie. Tajemnica!

Ta Tajemnica służy dziś oczywiście dużo lepiej, niż scholastyka od tamtego gołębia.

Jak ikony pasują do prostoty, którą ludzie preferują dziś w estetyce, tak Tajemnica lepiej ustawia teologię do rozmów ze współczesnym światem.

Prawosławizację widać nie tylko w przedmiotach, czy w książkach, widać ją też w duchowości. Nawet różaniec bywa wspominany z pewnym kompleksem wobec modlitwy Jezusowej prawosławia.

Widać ten proces w duchowieństwie. Gdy Franciszek mówi, że jest biskupem Rzymu, to robi ukłon wobec Wschodu, który ten jego tytuł trawi lepiej, niż tytuł papieża. Mimo, że Kuria Rzymska ma się dobrze, żyje i króluje, to jednak pojedynczy biskup ma więcej do powiedzenia dziś, niż miał dawniej. Znów krok ku prawosławiu.

Na razie są rzeczy miłe. Kto nie lubi ikony Trójcy Świętej Rublowa, albo śpiewów mnichów z góry Athos? Albo kto nie lubi wschodnich, mistycznych, kolorowych teologii? Idzie żyć z taką prawosławizacją.

Tylko, z drugiej strony, kto lubi Putina i jego Rosję?

A tu właśnie prawosławizacja okazuje się potencjalnie groźna. Nie doszło do tego, ale można sobie wyobrazić, więcej, ja znam takich ludzi, którzy woleliby twardą władzę para-Cara Putina, nad zgniliznę Zachodu. Woleliby rządy oligarchów i służb, i ich pomazańca, niż demokrację, która mogłaby, na przykład, przynieść małżeństwa jednopłciowe. Rosja jako opoka wiary, jako konserwatywna opoka przeciw Stanom Zjednoczonym.

Rosja, ten Rzym, którego domu nigdy nie opuścił humanizm, bo w nim nigdy się nie żył, albo w kołysce zarżnęli go Mongołowie.

Rosja jako nadzieja konserwatysty. Mam nadzieję, że wszyscy konserwatyści, którzy to przeczytają, będą protestować, bo nie zamierzają iść z Putinem. Wiem jednak, że niektórzy by chcieli, a taką właśnie drogą od lat idzie cerkiew prawosławna w Rosji.

Myślę, że my tu w okolicach Lublina mamy coś z tego ducha. Pewnie to zostało z zaboru.

Kolega opowiadał mi o pięćdziesięcioleciu pewnego prałata, które było tak długie, jak koronacja cesarza bizantyńskiego, tylko może bardziej ludowe, bo cesarzom bizantyńskim pewnie nie grały trzy strażackie orkiestry, ani mu gratulowali wójtowie.

Gd piszę to ten prawosławizacji, pewnie ktoś z Orle bądź Petersburgu stuka w klawiaturę, że Cerkiew robi się zachodnia, rzymska, zepsuta. A może nie narzeka, tylko bardziej stwierdza? Ale nawet, gdy się stwierdza takie rzeczy, to z nutą przywiązania do swojego.

Tak czy inaczej, są to rzeczy, co naturalnie zachodzą między siostrami.

uwagi

  1. Ja mam wrażenie, że to czasem chodzi nie tyle o preferencję akatystu nad Ave Maris Stella, co preferencję akatystu nad piosenkami liturgicznymi, które są coverami Abby lub innych szlagierów 😉 choć w zasadzie wszystko jest od tego lepsze…

  2. Może być i tak. Praktyczne rzeczy, jak długość i prostota też mają znaczenie.

Dodaj komentarz