Bajka o pałacu króla Wielkiej Lechii

Król Wielkiej Lechii podbił cały świat. Gdy już wszystkie przedszkolaki na Ziemi kolorowały husarzy na biało-czerwono, a dorośli nazwali wszystkie sklepy Biedronkami, a pielgrzymki Indii i Arabii obrały za cel Częstochowę, Król zabrał się za cięższą sprawę. Swą córkę, Wiarę, jedyną wciąż niezadowoloną.

Powstanie, zawołał, pałac o nazwie Niebo. nie dodał, że dla Wiary, bo bał się, że go wyśmieje, starego i naiwnego chłopa, co wierzy w nieba na ziemi.

Król zwołał ekspertów od szczęścia. Zaroiło się aż naokoło od kucharzy, mędrców, uzdrowicieli i szeptuch, coachów i terapeutów,, architektów, psychoanalityków, neurochirurgów, dilerów narkotyków i rzeczników kurialnych.

Każdy przyszedł z pendrajwem pełnym kuszącego projektu.

Kto wyga konkurs na niebiański pałac?

Do ostatniej tury dostało się niewielu. Odpadł Jurek Owsiak, a nawet Braun i Hołownia.

Najwięcej punktów uzyskał rabbi spod Kocka.

Jego pałac miał trzy na dwa metry, był ze starych desek. Idea była, by król wielkolechicki w nim przez rok mieszkał z kozą i złym psem, i córką Wiarą. Rabbi z uśmiechem mówił, że jak po roku zabiorą mu kozę, poczuje niezrównaną ulgę, a jeśli pies zdoła wygryźć córkę, szopa eksploduje ze szczęścia. Król kibicował temu projektowi, mówiono na dworze, bo chciał tym coś uświadomić Wierze.

A córka mówiła tylko, gadu dadu, stary dziadu! Nic się tym nie przejmowała, choć nastolatka, od zawsze była królową.

W momencie ogłoszenia zwycięstwa rabbiego spod Kocka, na salę wpadł Dostojewski. Machał wyrokiem. Wrzeszczał, że Parlament Europejski oznajmił królowi, że nie można odsuwać Dostojewskiego od konkursu za to, że nienawidzi Polski, albo za to, że od dawna nie żyje, albo, że się jeszcze nie narodził, zależy, z jakiego roku to czytać.

Dostojeski krzyczał i wyrywał się strażnikom, więc król wielkolechicki w końcu mu pozwolił na spóźnioną aplikację na konkurs.

Dostojewski wyprostował się, poprawił surdut i ogłosił swój pomysł na niebiański pałac. Królestwo niebieskie, mówił, podobne jest do pościeli w mroku ciemnej, ciepłej chaty, do jakiej dochodzisz przez mrozy i śniegi, i zwalasz się bez czucia, i sen masz czarny jak przestrzenie międzygwiezdne, i słodki.

Zapadła cisza na sali, rabin zwiesił głowę. Król poprawił się na swoim tronie, chrząknął, powiedział, mów dalej, Dostojewski, słuchamy.

Po kilku dniach chata stanęła na miejscu wskazanym przez króla. Obejrzał ją z oddali, nic nie powiedział, zamknął oczy i umarł.

Mówili, że ze szczęścia, ale lekarze stwierdzili zawał.

Córka Wiara, szokując wszystkich, płakała po tacie i miała w nienawiści ową chatę. Z tej nienawiści poszła którejś nocy ją spalić, ale było zimno, zapałki zamokły, więc wlazła do środka i legła w pościeli.

No, i jak myślicie? Jasne. Nikt nie mógł jej obudzić.

Mijały wiosny, lata, jesienie, ona spała. Mijały jesienie, lata i wiosny, ale z każdym rokiem podobniejsze do siebie. Świat tracił kolor jak mokra tektura. Świat się sypał. Przysypiał bez Wiary.

Spały przedszkolaki nad niepokolorowanym husarzem i spał husarz w stanicy kresowej na Wyspie Wielkanocnej i na Antarktydzie. Nawet kawa z „Między Słowami” ledwo trzymała swą moc nad rodzajem ludzkim.

Pan Bóg był zmuszony negocjować z bocianami noszenie dzieci, bo ludzie nawet tego nie chcieli już robić.

Aniołowie próbowali wszystkiego, od trąb armagedonu po bombardowanie orbitalne.

Nic nie działało i dopiero teolodzy z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, po latach badań nad bajkami, ogłosili, że zmierzch świata ma związek ze śpiąca królewną.

Ostatni nieśpiący kochankowie delikatnie muskali ją piórkiem w nos i, na nic! Cała kawaleria, ziewając, skakała na próżno nad jej niebiańską chatą. Kanonicy z tej strony Wisły dniem i nocą na próżno ryczeli pieśni nad nią.

Na ostatku przytomni poszli po Dostojewskiego, a on akurat nie żył, albo ogrywał diabły w ruletkę. Tak czy owak, nie chciał pomagać bajkowym Polakom.

Gdy cały świat zasnął i był cichy jak chata w śniegach.

Wtedy Pan Bóg sprawił, że zadzwonił budzik w komórce pewnego chłopca, o godzinie dawno wyznaczonej w proroctwach. Chłopiec ów, Jaś, odszukał ziarnko grochu w kieszeni, wszedł do chaty i włożył Wierze pod poduszkę.

Mówią, że na tym ziarenku dwie pchły siedziały, rabbi z Kocka mówi, że raczej siedmiu serafinów.

Jakkolwiek by było, czy to ziarnko, czy owad, czy anioł, coś Wiarę ugryzło i pewnie, że się obudziła! Nawet wstała, porzucając niebiańskie pałace, poszła między ludzi, a jaki mała humor po przebudzeniu! Rozejrzyj się tylko, a łatwo zobaczysz!

uwagi

  1. Proszę fantazjować:) W tym szczególnym Dniu serdecznie dziękuję za słowa pisane. Był to dla mnie trudny rok, pełen cierpienia i smutku, ale też pełen miłości i dobrych czynów. W chwilach rozterek, często czytałam Księdza teksty, tak po prostu poszukując mojej wiary. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam,
    Życząc Błogosławionych Świąt:)

  2. Dzięki:) również, wszystkiego dobrego, błogosławionych Świąt!

  3. Ale że teolodzy KULu są mocniejsi od bombardowania orbitalnego, to nawet Dostojewskiemu się nie śniło 😀

  4. To tak, jak z dinozaurami, wielkie i dumne padły, a przeżyły pokorne robaczki spod kamienia 😉

  5. Piotrze, jesteś wielki!!! ups… też mam te skojarzenia ze Wschodem.
    Piszesz cudnie, najpierw się uśmiałam, potem zadumałam i tak wzbogacona wracam do swojej codzienności.

  6. Oo, ale komentarz! Trochę przesadzony, ale niech zostanie;)

Dodaj komentarz