The Lighthouse, recenzja

Film „The Lighthouse” oglądał mnie godzinę i pięćdziesiąt minut. Nie wiem, czy było mu w kinie „Bajka” wygodnie. Chyba nie, ale to dlatego, że miał problemy ze sobą, inne, niż zwykle mają filmy, ten rodzaj problemów, co miał facet od słoneczników za sto milionów dolarów, Van Gogh. Nie to, by „The Lighthouse” chciał sobie uciąć ucho, raczej mi chciał, syreną. Ale nie udało mi się i tylko mnie nogi rozbolały od napięcia, jakie było między kamykami, mewami, kubkami, wódkami, latarnikami a światłem, diabłem, Bogiem i samym oceanem.

Wielki film, jak sam ocean. Dwóch latarników na nagiej skale, co zobaczyli we mnie?

Człowieka, którego duszę można podprowadzić pod naskórek używając do tego celu wyłącznie czarno-białych kadrów.

Kogo jeszcze? Teologa, rozważającego, czy mewa może być czyśćcem (nie mam pojęcia!)

Księdza, gatunek blisko spokrewniony z latarnikiem. Przy pierwszej scenie mi to przyszło do głowy. Zmieniają się latarnicy na latarni, nowi mijają starych bez słowa, są sobie obojętni jak statek, który ich przywiózł i latarnia, która ich puściła. Skojarzenie z moim fachem, zmiana na parafii, tak się zwykle mijamy. A potem siedzimy, stare, dziwne chłopy, na placówce, pilnując, by nie zgasła latarnia.

Podczas takiego pilnowania robi się różne rzeczy. Śpiewa, tańczy, recytuje.

Najpierw śpiew. Warstwa dźwiękowa odróżnia ten czarno biały, staromodnie nakręcony obraz od filmów, które kręcono tak, bo inaczej nie było można. Śpiewa tam każda deska i kamyk, śpiewa wóda w gardłach, a nawet ziemia w gardłach, i ta twarda glina i sznur i wodorosty, z których ulepiony jest tamtejszy proboszcz, to znaczy, starszy latarnik.

Potem taniec. Tańczą jak żywi ludzie, a jednocześnie nie spuszczają z ciebie oka. Czy autoerotyzm lub męski, wymuszony homoerotyzm też zaliczymy do tańca? Być może trzeba, ten film pokazuje te rzeczy w sposób prawdziwy. Stąd wrażenie, że on na ciebie patrzy. Tak, jak latarnicy mają wrażenie, że patrzy na nich światło latarni.

W końcu recytacja wierszy, klątw i modlitw. Od lat słucham swoich i cudzych publicznych modlitw w Kościele, nieraz byłem pod wrażeniem. Takiej jednak modlitwy, jak w „The Lighthouse”, ja jeszcze nie słyszałem. A przemowy! Nawet słynny ksiądz z Bełżyc, co sobie pół godziny dziękował z okazji rocznicy kapłaństwa, nie był w tym tak gorliwy, jak latarnik, którym stał się na potrzeby filmu Willem Dafoe.

Film jak powieść Dostojewskiego. Bo to film ogólnie XIX-wieczny. Cywilizacja jeszcze na ludziach nie porosła, jak na nas. Zabobon ustawia naukę i religie jak stary wikary dwu neoprezbiterów. Ale za to ludzie sycą się mową, nawet tonąc w ziemi lub w szaleństwie, jeszcze recytują.

Nie ruszałem w czasie seansu, z wyjątkiem momentu, gdy mieli się całować z syreną. Wtedy patrzyłem przez palce ręki, którą zasłoniłem oczy.

Słowem, „The Lighthouse”, patrząc na mnie, miał srogi ubaw.

Gdzieś mi mignęły ostatnio wygłupy wielkich pisarzy. Nabokov pisze, że Gorki użył sformułowania „morze się śmiało”, co świadczy, według Nabokova, że Gorki jest kiepskim pisarzem, bo o morzu można napisać jedynie, jak to Czechow ujął, że jest duże.

Wziąłbym Nabokova na seans „The Lighthouse”. Ciekawe, co by o tym morzu powiedział? Uparty Rosjanin rzuciłby pewnie, że morze jest niewinne i tylko odbija czkawkę człowieczego szaleństwa.

Piszę te rzeczy, ale wiem, że jest niewiele warte, to moje pisanie. Piszę sobie, że film się ze mnie śmiał, inni recenzenci piszą, że film był duży. O Sądzie Ostatecznym pewnie też coś napiszemy.

Chciałbym dać Willemowi Dafoe i Robertowi Pattinsonowi wszystkie tegoroczne oskary, nawet te dla najlepszych aktorek pierwszo- i drugoplanowej, zostawiając najwyżej ze dwie dla reżysera i scenarzysty do podziału dla reszty załogi „The Lighthouse”, dla Neptuna, syren i czyśćcowych mew.

Ale ten stary, morski diabeł, „The Lighthouse”, śmieje się z Oskarów. Robi nad nimi sąd, niczym Pan Zastępów nad bogami Egiptu. Z tym filmem, czuję, jest jak z oceanem. Ocean atlantycki ma według Google 14693 oceny, ich średnia to 3,9 gwiazdki na 5.

Przypomnę sobie to, gdy zobaczę gwiazdki przy recenzjach tego filmu, co mnie obejrzał.

uwagi

  1. Nie moje! Marynarska mitologia, jak ją prezentuje film.

Dodaj komentarz