O tym, jak Sowieci łosia uszczęśliwili

Ponoć caryca Katarzyna zakazywała igraszek z łosiami. One jedne miały pozostać wolne, by żaden buntownik nie wkroczył na nich do Moskwy. Inaczej Szwedzi. Karol XI nie bał się chłopów na łosiach, lecz Polaków na koniach, zwłaszcza od czasu przygody pod Kircholmem, więc łosie były rozważane jako straszące konie, ale skończyło się na ciągnięciu wózków z pocztą. Potem zabrakło w Szwecji łosi, gdyż je zjedzono w osiemnastym wieku. Są jeszcze legendy, że plemiona syberyjskie szarżowały na tych spokojnych rogaczach przez śniegi. Tyle spekulacji. Fakty są takie, że dopiero Związek Radziecki udomowił łosie.

Dziś, za Putina, wolno powiedzieć, że dzieło rozpoczęło się jeszcze za białego cara, praprawnuka Katarzyny. Kto rozpoczął? Niemiec!

Oto list hrabiego Aleksandra von Middendorffa do rządu cara Aleksandra II. Nawet cywilizowanej Europie do dziś nie udało się udomowić łosia, zwierzęcia, które niewątpliwie może przynieść wielkie korzyści. Nasz rząd (hrabia był z estońskich Niemców) powinien poczynić wszelkie możliwe wysiłki dla udomowienia łosia. Dzieło to jest możliwe. Nagroda za nie będzie wielka, tak, jak i chwała.

Ależ von Middendorff szarpie za struny rosyjskiej duszy! Pisze te list po zobaczeniu Syberii. Tyle drzew, zielska, mchu i porostu, a nic się na tym nie pasie, prócz łosi! Stąd ten żar cywilizacyjny. Niestety, rząd cara się nie zapalił. Kaganek idei odstawiono. Nie był to jeszcze czas zalesiania bieguna i zawracania rzek.

Jest czas na każdą rzecz pod słońcem, rzekł kozak płaczącemu batiuszce, po czym krzyknął, niech żyje rewolucja! Przed udomowieniem łosia otworzyło się okienko dziejowe. Najpierw militarne. Bo na czym w tajgę pojedziemy, gdyby na Syberii wybuchnie kontrrewolucja? Gdy jakiś szaman omami masy ludowe?

Szaman knujący przeciw władzy to skądinąd realna groźba.

Kilka miesięcy temu ruszył na Moskwę Aleksander Gabyszew, szaman z Jakucji, by wygnać z niej diabła Putina. Lecz nie wolno robić egzorcyzmów na Placu Czerwonym. Pytanie nie czy, tylko jak skończył? Otóż psychuszka. Ciekawe, że człowiek ten łączył na swój sposób wiarę i rozum. Uważał, że że empirycznym dowodem na demoniczność Putina jest to, że natura buntuje się w miejscach, które prezydent odwiedza z gospodarską wizytą i odreagowuje kataklizmami.

Dziś taki szaman to nie problem, ale w latach trzydziestych komunikacja była inna. Masz armię na łosiach, a od razu porwania szamanów, pacyfikacje wsi i polowania na ludzi idą weselej.

Tak przynajmniej twierdzą na farmie łosi. Że były militarne próby w latach trzydziestych. Na kanwie tego ktoś nawet zrobił żart na Prima Aprilis. W artykule Armia Czerwona montuje na rogach łosi karabiny maszynowe i celuje w Finów. Rzeczywistość była mniej bohaterska. Farma rusza powoli zaraz po wojnie. Chcący jeść przyrodnik podbija serce jakiegoś czerwonego kacyka. Ta miłość, która zrodziła domowe łosie, była mało romantyczna. Porywanie łoszaków w tajdze. Krwawe eksperymenty. Raporty i pisma w trzewiach biurokracji, pieczątki i zezwolenia, na koniec jakiś budżet. Kilku badaczy z rodzinami mogło popijać chleb łoszym mlekiem. Raportowali, rzecz jasna, że łosie uda się już zaraz udomowić, a będzie to wielkie osiągniecie Związku Sowieckiego.

I tak udomowienie to poszło lepiej, niż komunizm. Ale po kolei.

Na Syberii rośnie trochę lasu. Związek Sowiecki ciął go nieustannie, nie tylko chłopem i robotnikiem, lecz także rękami swoich i cudzych pianistek, archeologów, lingwistek, teologów niemarksistowskich, sióstr klauzurowych, zbyt gorliwych pastorów z Ameryki, biologów, co woleli Darwina od Łysenki i fizyków kwantowych, co powiesili płaszcz na posągu Lenina. Nie sposób ich wymienić. Miliony ludzi, cały GUŁAG i niegułag ciął na Syberii drzewa. Wznoszono sterty gałęzi, wszystko na spalenie. A gdyby, sugerował centrali hodowca łosi, z tych gałęzi zrobić mięso i mleko? Wiadomo, że droga do komunizmu nie była wybrukowana szynkami, czy nawet mortadelą, więc kusiło. Dziś kiełbasa z łosia w Ikei to ciekawostka, a istniało państwo, dla którego była jasną gwiazdą nadziei. Takie i podobne wizje słali z Pochory, łoszej farmy, do Moskwy.

Prawda o tym udomowieniu zaś leżała po środku tajgi, leniwie żując młodą brzozę.

Udomowienie bowiem to wielka rzecz.

Co innego trzymać czasem łosie w stodole, co innego zupełnie je udomowić. Udomowienie to coś więcej, niż małpka w cyrku czy jeż w leśniczówce. Na przykład, pani Simona żyła w Białowieży z dzikiem i nie mam na myśli pana fotografa, a nie znaczy to, że udomowiła któregoś z nich. Podobnie, że szop pracz ma konto na Instagramie, to jeszcze nie robi z niego psa. Udomowienie oznacza, że zwierzęta trwale się zmieniły przez życie przy człowieku.

Radzieccy udomawiacze łosi musieli pójść na kompromis z naturą i zaszli na tym dalej, niż inni. Łoś hodowany jak krowa marnieje. Nie sposób dobrać mu diety. Bydlę to jest szczęśliwe jedynie, gdy łazi wolne po lesie i skubie, to to, to tamto. Trzysta rożnych roślin dziennie! Hodowla ich polega więc na tym, że związane z ludźmi łosie łażą po okolicy i wracają co jakiś czas do zabudowań, a przy tym są grzeczne i dają się obsługiwać. Dlaczego wracają? Otóż sekretem chowu półotwartego jest to, że małe łoszaki zabiera się matkom i karmi z ręki, by uważały ludzi za matki. Matki z kolei doi się tak, by uważały dojących za łoszaki, co sprawia, że co jakiś czas do nich, to jest na farmę, wracają z lasu. Taki to chów półotwarty i całkiem podły. Udomowienie zawsze jest kosztem zwierząt.

Plusem takiego chowu jest to, że klępy, czyli panie łosie mogą wśród drzew spotykać dzikie byki. Stąd udomowienie się nie domyka. Stale dopływa dzika krew.

Ten pódomowy łoś to symbol. Otwiera oczy na podbój natury, niesienie sowieckiej cywilizacji w tajgę. Ponoć cała ta bezkresna ziemia tak ssała budżet kolosa, że pomogła papieżowi i Matce Bożej podciąć mu nogi.

Nie da się więc powiedzieć, że nie wynikło z tego żadne dobro.

Trzeba by jeszcze napisać o tym, jak helikopterem porwali dwa łoszaki z farmy, by Chruszczow miał prezent dla marszałka Jugosławii. Albo o tej kobiecie, Apollinarii Vitakowej, która łosie naprawdę kochała. Albo o tym, jak udomawiali je metodą Łysenki, stawiając obok zaprzężonego konia. Albo, jak obrotni ludzie próbowali naciągając upadający kraj na satelitarną technikę wypasu.

Ta ostatnia przypowieść jest ciekawa, bo przypomina, że w każdym narodzie miły Bogu jest ten, kto się Go boi i że nie ma Sodomy bez jednego sprawiedliwego.

Pod koniec lat siedemdziesiątych pewien inżynier proponował stworzenie satelitarnego systemu kontroli stad łosi. Satelita namierza, gdzie są, a radionadajnikiem razimy zwierzęta, by się przemieszczały. Inżynier demonstrował to na psie ubranym w elektrody. Biedne, na wpół zamęczone zwierzę zachowywało się jak zdalnie sterowany model czołgu. Totalna kontrola przez konsolę. Prawdopodobnie był to odprysk jakiegoś programu militarnego. Na szczęście farma łosi nie miała środków, ale idea nurtowała dyrekcję. Zlecono więc pracownikowi wykonanie tańszej obroży dla łosi, która by je raziła prądem i przepędzała z miejsca na miejsce. Pracownik zrobił, ale zamontował ukryty wyłącznik i udowodnił, że łoś nic nie czuje. Dyrekcja nie dowierzała i znalazła ochotnika, pracownik tym razem włączył i chwilowym szokiem dla człowieka oszczędził wielu łosiom długich męczarni.

Ten człowiek to Aleksander Minajew, co prowadzi stronę z takimi i podobnymi informacjami, skąd między innymi czerpałem tę mogącą się przydać wiedzę. Morał tekstu o udomowieniu jest tylko jeden, z „Małego Księcia”. Tylko jak to szło? Lepiej zostawić w spokoju? Chyba tak, bo lisa też sowieci udomowili.

Dodaj komentarz