Morskie Imperia, Roger Crowley

Morskie Imperia przeczytałem, bo Tokarczuk dostała Nobla. Wszytko przez jej tekst o autyzmie testosteronowym. Zanikają umiejętności społeczne, chłop staje się milczący, unika rozmowy. Interesują go wojny, modele samolotów, polityka personalna Stalina.

Znam te rejony. Tokarczuk narobiła mi apetytu. Na pewno nie druga wojna, tyle się już naczytałem o Froncie Wschodnim, że pojedyncze brzozy rozpoznaję na zdjęciach. Ale, skoro październik, to może coś o oblężeniu Malty? Może o wielkiej bitwie różańcowej w zatoce Lepanto?

Na przykład Morskie Imperia, czyli Empires of the Sea Rogera Crowleya.

Książka jest pierwszorzędna. Jak jest po polsku, nie wiem, ale po recenzjach oceniam, że dobrze. Widocznie trafił się tłumacz znający język angielski.

Crowley jest oszczędny w słowach, dba o rytm, by chciało się o czytać. Stawia na wyobraźnię czytelnika. Ćwiczy ją, ale bez przemęczania. Karmi, ale bez przejedzenia. Rozum dostaje nawet więcej tłustych kąsków, w postaci dat i nazwisk, niż ona. A jednak sukces tego pisarstwa opiera się na wyobraźni, nawet tej autystycznej i testosteronowej.

Główni bohaterowie są dobrze napisani.

Miałem wrażenie, że sułtan, król Filip, albo i ten kapucyn, co został piratem, przeczytaliby tę książkę w jedno popołudnie. Każdy rozpoznałby swą twarz, choć niejeden z gniewem.

Zwłaszcza papież ciekawie wyszedł. Pius V, człowiek, co zacisnął w pięść odcięte palce papieskiej, weneckiej i hiszpańskiej floty.

A przecież nie on jest najwspanialszy. Czy nie są nimi Turcy ze swoim kolorowym strojeniem się na wojnę? Ze szturmowaniem w takt muzyki?

Albo przyparci do muru krzyżowcy? W tej godzinie, gdy myśleli, że upadną jak Bizancjum, a za nimi i sam krzyż, a tu nagle Turcy ustąpili przed odsieczą, która wcale nie nadeszła?

Albo żołnierze, co z braku amunicji rzucali się pomarańczami, wśród łez i śmiechu?

A może najwspanialsze są te momenty, gdy w wydarzeniach niemal widać Rękę? Gdy dwanaście zastępów aniołów, co je Pan Jezus w Ogrójcu odwołał, nie może utrzymać koni?

Ale nawet one bledną przy tańcu.

Oto siódmego października, w dzień najstraszliwszej bitwy Juan de Austria, w pełnej zbroi, na galerze ozłoconej jak mszalny kielich, zatańczył. Wszyło mu świetnie, jak wszystko, jak wydawanie rozkazów, jak modlitwy ze łzami, jak kochanie Włoszek, jak prowadzenie armii, jak zabijanie. A nawet lepiej. Jego żołnierze, co mieli zaraz topić i palić, daliby wiele wtedy za ten taniec de Austrii. Może nawet życie i duszę nieśmiertelną, i odpust papieski, i szkaplerz od panny, i samo zwycięstwo, i ostatni kielich wina.

Tak zapamiętałem początek bitwy pod Lepanto.

Ktoś może zarzucić, jak to? W książce historycznej tak wyraźne malowanie postaci? Skąd na przykład Crowley wie, że dowódcy chrześcijańskiej floty nie cofnęli się przed Turkami dlatego, że przez procesje, pielgrzymki i msze w każdym portowym mieście mieli serca pełne wiary?

Oczywiście, nie mógł wiedzieć. Pytanie jednak warto posunąć dalej. Czy wiedział, kim jest, sam ten sułtan, który prosił Boga o zwycięstwo? Czy żebrakiem, czy równym Mu panem? Czy papież wiedział? Kim byli ci dawno martwi ludzie w swych własnych oczach? Uważam, że z chęcią przeczytaliby interpretację Crowleya, dlatego właśnie, bo jest ostra i mogłaby im pomóc dookreślić ich samych.

Rozpoznać siebie w niepojętym mechanizmie życia.

To sekret, a pisarze i teolodzy znają go od dawna, przez zgubny nałóg spotykania się na papierosie z aniołami stróżami.

Otóż nie ma wielkiej różnicy nie tylko między powieściami, a książkami o faktach, ale i życiem. Inne są tylko znaki, inne ziarna, które układamy w kształt twarzy.

Dodaj komentarz