Boczniaki, 18 października

Miałem ochotę zapalić, gdy wstałem od doktoratu, ale że nigdy nie udało mi się uzależnić, więc na darmo rozglądałem za paczką. W mieszkaniu był jednak tylko bałagan i słońce. Na parapecie grzały się „Sarny” Paveli i drugi raz sięgnąłem. Miło się zaciągać tym chłopcem śniącym o rybach. Akurat trzy strony brzan jak odrzutowe samoloty i karpi jak złote prosięta i w sam raz, dwunasta. Godzina obiadu. Wyszedłem z mieszkania, minąłem ludzi czekających, by opłacić groby, potem policzyłem karawany na podwórzu i zobaczyłem panów w zielonych mundurach księstwa Obojga Cmentarzy, jak opowiadają sobie jakiś kawał.

Słońce wszystko dziś podnosi. Wchodzę do kuchni, do Pani Joasi i od drzwi chwalę smażoną rybę, bo zapach i złoto przy patelni, ale gdy siadam, rozumiem swój kardynalny błąd.

To żadna ryba, śmieje się ze mnie pani Joasia, przecież nie śmierdzi. Zapach rzeczywiście był aksamitny.

Na obiad są boczniaki! Z wstającymi białymi nóżkami wyglądały jak udka rajskich ptaków. Tylko smak subtelniejszy, tylko grzyby tak potrafią, w swoim dyskretnym stylu! Rację ma pani Joasia, że kanie byłyby nawet lepsze, ale biorąc pod uwagę warunki wzrastania, jest remis. Tak myślę, skoro kanie rosną w lesie, a boczniaki na słomie w jakiejś przepastnej farmie boczniaków.

By wydobyć ich smak, pani Joasia kładzie je z obu stron na mące, potem idą w jajko, a potem w tartą bułkę, z odrobiną pieprzu, z odrobiną soli, by nie przestraszyć i nie zahukać ich pysznej, delikatnej gąbki. Potem krótkie smażenie.

To plus kartofle całe w cebulce i kapusta.

Zupa miała tego dnia szczęście, trzeba przyznać, bo gdyby nie była doskonałą grochówką z nierozgotowanym grochem i z nutą Indii, z kminami rzymskimi i resztą tych cudnych imigrantów, nie miałaby czego szukać na stole, który zastawia pani Joasia.

Tak wspaniałe boczniaki to jednak problem. Zawsze jedząc tutejsze wybryki myślę sobie, jak się odwdzięczyć? Mówię więc miłe rzeczy. Ale kto dziś uwierzy, że to bardzo smaczna zupa?

Wymyślam więc.

Na przykład, Pani Joasiu, te placki ziemniaczane są kosmoteandryczne! Albo, Pani Joasiu, nie tylko lubelską kanonię, ale nawet chełmską by oddał za miskę tego rosołu, jak Ezaw, co oddał rodową miskę za soczewicę! Albo dalej w tym stylu. Kiedyś, gdy akurat trafiło się, że wszyscy księża przyszli na raz, trochę mnie poniosło. Urzeczony stwierdziłem, że jeśli japońscy malarze miniatur ze złotego wieku patrzą z nieba na ten bakłażan, na te kiełki i na ten sos, i tak dalej wymyślałem, aż siedzący przy stole teolodzy znacząco chrząknęli i przestałem.

Nie jest łatwo chwalić, ani bezpiecznie!

W końcu przyszło mi do głowy, jak jadłem grzyby i patrzyłem na ludzi płynących Lipową, że te boczniaki robią wrażenie.

Robią takie wrażenie, jakie robiła w seminarium ryba Chyba. Tylko tamto wrażenie miało inny zwrot, nie w górę, a w dół, gdzie stało w rzędach dwieście czterdzieści głodnych, kleryckich butów. Prawie, że tupały, gdy ryba Chyba wynurzała się w skrzypiącej windzie z kuchennych otchłani. Zawsze pływała w tłuszczu i na pewno była robiona z głęboko mrożonej chińskiej tektury. Nie mam pojęcia, skąd jej tyle było i jak mogła być aż tak tania. Nikt z nas nie winił za nią ani sióstr, ani pań.

Problem był głębszy, niż przyrządzenie.

Rybę tę łowiła dla nas niewidzialna wędka kościelnej ekonomii.

Widzę jak dziś tego dorosłego faceta ze święceniami, jak stoi w hurtowni przed trzeszczącą zamrażarką i liczy, i zamiast na spławik, patrzy na głowę w piusce, którą sobie wyobraża.

Zatnie cenę, gdy głowa biskupa się uśmiechnie i powie „bardzo pięknie, bardzo dobrze”.

Wiele by wyjaśnił reportaż o tym, jak żywiło się w Polsce kleryków, więcej mieliby ludzie zrozumienia.

Gawędziliśmy trochę z panią Joasią, wyjątkowo nie o kotach. Zeszło na kotlety sojowe. Nie będzie ich u nas, bo jeden z kilku stołowników boi się GMO. Trzy litery i Pan Bóg jeden wie, co za nimi. Ludzie mówią, że właśnie zabawa w Boga.

Podziękowałem pani Joasi i ruszyłem na miasto, pisać.

Po drodze do kawiarni wyobraziłem sobie, że mam dziecko, które muszę przekonać do żywności modyfikowanej, co robię? Wybrałbym klocki LEGO, geny pokazać jak klocki, które można przestawiać i natura nieraz to robi, pod wyrozumiałym Okiem Opatrzności.

Tyle, że dzieci dziś takie, że mogłoby powiedzieć schowaj bajki, a pokaż, jakie są badania naukowe o GMO!

Dwunasta trzydzieści, a ja już mijam chłopców na hulajnogach. Fajnie, że uwinęli się ze szkołą.

Dzień taki, że mam nadzieję, że w ulubionej kawiarni, gdy siądę na fotel, to wciągnie mnie szklana tuba trzy piętra nad Rybną, ponad poddasze, gdzie będzie spokój, gdzie dziewczyny będą mogły wygrzać nogi na blaszanym dachu, śmiać się i opowiedzieć o chwale kebaba z pasków boczniaka z sosem czosnkowym, mniam!

Wiatr będzie jedną ręką czytał książki, drugą głaskał gawrony, a kawa zadzwoni na błogosławieństwo dla miasta i świata.

Ale nie ma tuby. Fotel mnie zielony przytulił, i tak mam szczęście! Ale trzeba będzie pisać ten doktorat o homeomorficznych odpowiednikach kosmicznego Chrystusa. Jeszcze pięćdziesiąt stron.

uwagi

  1. Takie dobre boczniaki to nie powinny być boczniaki, a przedniaki! Albo turboczniaki, bo turbodobre. Trzymam kciuki za pięćdziesiąt stron i za znoszenie stołowych chrząknięć 😉 dobra sztuka domaga się uznania mimo wszystko.

  2. Tak:) chrząkanie moich towarzyszy jest i tak ze znośnego klucza, inni by już porwali za kamienie. Ale nawet tekst o smażonych grzybach potrzebuje mroczniejszych postaci 😉

Dodaj komentarz