Śmierć Pięknych Saren, Ota Pavel

Nie należy przesadzać. Nie trzeba wyolbrzymiać. Hurraoptymizm jest nierozsądny. Tomasz z Akwinu radzi: wybierz drogę środka, tę złotą, a papież argentyński przestrzega przed fake newsem. Głupca zwodzą pozory, lecz mądry naprzód podłubie, jak głosi Księga, a jak głoszą książki samopomocowe i co moja babcia zawsze mówiła, dobrze jest siąść i się zastanowić. Bo nie ma co stroić kozy w pióra, ani pompować pustego balonika. Prawda jest odbiciem rzeczy. Mimo to wypowiem tę myśl uporczywie powracającą, że nie biorąc pod uwagę Bogarodzicy, książka Śmierć pięknych saren Ota Paveli jest lepsza niż cała polska literatura, niż cała literatura polska!

A żeby tego dowieść starczy dwanaście pierwszych stron.

Rzekłem.

Teraz fakty o Sarnach.

Gdy je pisał, Ota chorował psychiatrycznie. Szkoda chłopa. Namęczył i nacierpiał. Jak to się wiązało ze wspaniałością jego książki, Pan Bóg jeden wie, a kto wie, czy też się temu nie dziwi.

To mogły być jego koszty.

Sarny przerównują z palcem w nosie miarę egipskich piramid i jest to pomnik, jeden z niewielu, którego człowiek nie musi się wstydzić.

Niestety, nie każda ma je biblioteka.

Najtańsze egzemplarze na internetach są po osiemdziesiąt złotych, lepiej zachowane po sto czterdzieści.

Opowiadania te zasługują na tytuł Wielkolechickich. Jest bowiem w nich wspomniana cudna Polka, w jakiej się kocha brat opowiadacza. Ach!

Są konserwatywne, poniekąd.

Zostaje w nich zachowana stała kosmologiczna wyznaczona w Pierwszym Dniu Stworzenia, jeszcze przed grawitacją i prawem entropii, że mianowicie w literaturze czeskiej nie będzie książki bez chowu i chodowli królików.

Nie byłoby też tak, żeby za dodanie Saren do kanonu po Pieśni na Pieśniami, albo w trzecz czwartych Apokalipsy Janowej Duch Świety inicjował prześladowania. Przeciwnie! Gorzej ludzie. Na Skwerze Wyszyńskiego na pewno by pohukiwali, może i Rzym robiłby problemy, jak i zielonoświątkowi pastorzy z czerwonej Georgii.

Z drugiej strony, dla tego, kto wierzy, nie ma nic niemożliwego.

Jest o tej Śmierci Saren film i muszę go gdzieś wygrzebać.

Cytaty:

„Mój tatuś, który nieraz w życiu się kochał, natychmiast zrozumiał, że i ten pan jest zakochany w lepie noszącym dumną nazwę BOMBA-CHEMIK”.

„Ludziom jest zupełnie obojętne, czy to estetyczne, czy nieestetyczne, wielu z nich nawet z dużą satysfakcją obserwuje, jak muchy zdychają na lepie, wszakże już nasi przodkowie i praprzodkowie z radością uczestniczyli w egzekucjach swoich przyjaciół i wrogów”.

„Nie będzie prosięcia”.

„Kiedy przyszła kolej na jego króliki i jury się nimi zajęło, tatusiowi serce ściskało się, jakby oceniano jego własne dzieci. Ważono je, dmuchano w sierść, oglądano. W końcu oświadczyli tatusiowi, że nie zrobił im przepisowego manicure i pedicure, nie obciął im pazurków i nie umył ptaszków, co stanowi tak poważne niedopatrzenie, że żadnej nagrody nie mogą mu przyznać”.

Albo:

„Przed domem zatrzymał się samochód, wysiadło z niego trzech panów w cywilu i ten pierwszy zaczął natychmiast:

– Spójrzcie no tylko, czy to nie cud: Żyd coś robi!

A tatuś na to:

– Z was za to lepsze obiboki!

A ten pan:

– Za kogo nas pan uważa?

Tatuś obrzucił ich wzrokiem, jeden miał bardzo semicki wygląd, więc tatuś oświadczył:
– Wyglądacie panowie jak cała gmina, żydowska razem wzięta”!

Oczywiście, to było Gestapo.

Trzeba było skonfrontować holokaust z czeskimi domkami, z jedzeniem tamtejszym, z łowieniem karpi i pogodnymi romansami, by wydobyć, to, co trzeba wydobyć.

Są te opowiadania wojenne takie, że można się zaśmiać na śmierć.

Na śmierć lekką i bez goryczy.

Po takiej śmierci nawet Polakowi w nieokazałym grobie, który, na dodatek, ptaki znaczą jarzębiną, błogo by się spało.

Dodaj komentarz