Baron drzewołaz, Italo Calvino

Recenzowanie Calvino to jak recenzowanie wrzosowiska w słoneczny dzień lub spontanicznej podróży pociągiem, nawet PKP. Jego książki czyta się jak fakty życia. Są tak konkretne jak dojrzała śliwka.

Wszystkie są podobne.

Jeśli ktoś czytał cokolwiek Calvino przed Baronem Drzewołazem, na przykład Opowieści Kosmikomiczne z wydobywaniem księżycowego sera, lub Rycerza nieistniejącego ze zbroją pełną ambicji, lub Wicehrabię przepołowionego z dwoma połówkami wicehrabi, to łatwo zgadnie, w co się Calvino będzie bawił na drzewach.

Nic to nie przeszkadza.

To przewidywalność rannych zorzy, a nie szkolnego dzwonka. Ktoś opowie Ci fabułę Barona, na przykład ja w tej recenzji? Nic nie szkodzi, ze smakiem, zapałem i zadziwieniem przeczytasz całość, nawet z większą ochotą, by poznać szczegóły. Potem zaś można ją czytać jeszcze wiele razy.

Pytanie, które staje przed recenzentem nie jest więc pytaniem jak to oceniasz, ile dajesz gwiazdek, bo, powtórzę, Calvino są te gwiazdki z Wielkiego Wozu, a nie te, co się je w Internecie daje książkom i filmom. Nie, jak oceniasz, ale jak to się stało?

Pytanie geologa o szafir, pytanie biologa o szczeniaka, pytanie teologa o Ewangelię Jana. Jak on to zrobił?

Gdybym znał odpowiedź, to bym nie stukał recenzji, tylko smażył własną powieść. Powiem tylko, co mi się po głowie kołacze.

Pierwsze, matematyka.

Język Pana Boga. Calvino ma coś z równań, ze wzorów fizycznych, tylko zamiast greckich liter i arabskich cyfr mamy baronów, duchessy, drzewa oliwne i wiązy, rewolucje i wiewiórki, samopały i piosenki, wszystko to ma swoje miejsce dane przez Stwórcę, miejsce, które wyznacza stosunek do innych rzeczy, na przykład miejsce książki wyznacza czytelnik, miejsce pszczoły kwitnąca lipa i ciepły ul. Więc Calvino przekształca te równania świata, zapisuje je w sposób nowy, zaskakujący, a wynik zawsze wychodzi poprawny, ale i śmieszny. Masz wrażenie nie poukładanego porządku, lecz tej żywej i tańczącej bałaganiary, która jednak zawsze w końcu znajdzie klucz, Harmonii.

Drugie, matematyka.

Pisarstwo Calvino jest jak fraktal, lisek paproci z setką listków paproci na nim, a każdy z tych listków ma kolejną setkę i tak dalej. Opowieść o baronie rozwija się w mnogość szczegółów, jak drzewo. Znów, Calvino nad tym panuje. Większy podziw od jego wyobraźni budzi to, że zdołał ją ujeździć i prowadzi, gdzie chce, dla wygody czytelnika.

Trzecie, matematyka, ale bardziej przyziemna, polegająca na liczeniu pcheł.

Jest taki moment, gdy baron znajduje ludzi porośniętych przez mchy leśne, prawie, że zapuszczających korzenie i myśli, jak ich obudzić? Łapie pcheł i wrzuca każdemu za porośniętą koszulę. Ludzie z tej niewygody zaczynają drapać się, chodzić, myć, gotować, wojować, umierać, słowem – żyć. Drapanie jako źródło kultury, życie jako balansowanie niewygód.

Bo otwierasz tę książkę i myślisz, jakie to śmieszne, że baron żył na drzewach, czy to możliwe tak żyć? Ileż się musiał namęczyć ten dostojnik przez to, co sobie założył! Absurdalna historyjka, ale chociaż poczytna.

Sztuka Calvino na tym polega, że koło ostatniej strony człowiek orientuje się, że od jakiegoś czasu pilnie wodzi wzrokiem po lustrze.

Dodaj komentarz