Let England Shake, PJ Harvey [Recenzja]

Spotkałem kiedyś człowieka, który twierdził, że najpiękniejsza na świecie jest Polska.Nie, odpowiadał na nasuwające się pytanie, nigdy nie przekroczył żadnej z granic, po czym wracał do skubania swojej kurki. Ja zaś siedziałem nad talerzem z rosnącą irytacją.

Alpy, Dalmacja, mały Kaukaz, Rzym, albo ta halucynacja z kamieni, Siena!

Siena Sieną, ale wiosna w południowej Francji!

Ale jesień w Kanadzie!

Ale gwiazdy nad pustynią!

I ocean, szeroki jak modlitwy całego życia.

Weź to wyłóż poczciwemu patriocie!

Weźmy mak – rzucałem w kierunku mężczyzny pochylonego nad szkieletem ptaka o indyjskim rodowodzie – weźmy mak, który rośnie nad samą granicą między Polską, a Czechami, gdy wiatr go muśnie, zmienia paszport. Czy naprawdę uważa ksiądz, że wygląda lepiej po naszej stronie?

Wiekowy kapłan odchrząkał, patrzył na mnie bystro, po czym wracał do swego trudu, a ja kapitulowałem i wracałem do zupy. Nie miałem siły mówić, że nawet nie wiadomo, gdzie się ta nasza Najpiękniejsza zaczyna, a gdzie kończy, tyle razy przesuwały się jej kontury w atlasach.

Dużo później dowiedziałem się, że mój zakochany oponent jednak wyjeżdzał. Widocznie zaprzeczał z przekory. Widocznie irytowała go ta wielka głupota, wisząca tamtej soboty nad naszym obiadem.

Była to durna, młoda głupota, całkowicie moja.

Pewnie nie potrzebuję wykładać tu jej anatomii. To powszechna wiedza, że patrzy się sercem.

PJ Harvey patrzy na Anglię z bezmierną miłością. I to słychać na tej płycie, dlatego warto o niej mówić w dekadę niemal od wydania.

Nie myślałem, że ktoś po Chestertonie zachwyci mnie umiłowaniem nie Imperium, a wyspy, nie chwały, nad którą nie zachodzi słońce, lecz brudu i nędzy, i zawodu, który jednak jest ludzkim domem i ta właściwość przyćmiewa wszystkie gwiazdy.

Oto Angielka, co Anglię kocha tak, jak u nas się Polskę kocha.

Nie oznacza to, że tak samo. Weźmy sam tytuł, Let the England Shake, niech zadrży Anglia! My balibyśmy się tak Ojczyźnie życzyć, drżeć można na wyspie, kraj na środku niziny środkowoeuropejskiej to rzecz krucha. Nie kołysz lepiej, jeszcze się rozpadnie.

Jednak rzeczom kruchym wstrząsy służą, jak słyszałem i to może być prawda. Harvey wyrzuca Anglii i ją krytykuje, kpi i śmieje się za plecami, ale kocha swoją ziemię. Co więcej, kocha także swoich ludzi.

Nie wiem, co powiedziałby o niej mój obiadowy towarzysz, albo jego angielski odpowiednik. Czy można szarpać matkę, przyprawiać ją o dreszcze?

Być może nie należy, ale to również może być objaw wielkich uczuć.

U nas zresztą też to występuje. W Polsce kpina z narodu to temat bezpieczny dla rozmowy niczym pogoda. Jest to możliwe, gdyż każdy po cichu zakłada, że za przeszłość i przyszłość tego przedziwnego miejsca w razie czego dasz się zastrzelić i doradzisz to swoim dzieciom. Czasem buntujemy się wobec tej potęgi, bo jak tu się nie buntować, ale nie uważam, by było pod polskim niebem wielu antypatriotów.

Nawet ja z tej rozmowy o maku, racjonalnie dowodzący, że są na planecie miejsca co najmniej tak samo piękne, w minutę zmieniłbym front, gdybym zamiast z wiekowym polskim księdzem, jadł obiad z przedstawicielem jakiejś rasy panów o nosie zadartym jak ręka w rzymskim salucie.

Tu chyba jest moment, w którym płyta Harvey przestaje być jedynie doskonała i ociera się o geniusz. To piosenka, w której jest bitwa i są wrogowie. „On Battleship Hill”, pieśń o Galipoli, o zakończonym klęską desancie.

Harvey śpiewa nie to, że wygrali Turcy, lecz że wygrało okrucieństwo natury. Piosenka jest krótka, ale cudowna, miga jak mak na wietrze od myśli, że to tylko przyroda, do myśli, że to ludzka tragedia. Jest tam o pamięci i o tym, że nic nie przemija.

Są dwie strony wojny – okrucieństwo i ludzie.

Zmroziło mnie, gdy zaintrygowany tym epizodem z I wojny światowej dowiedziałem się, skąd zapach tymianku w powietrzu, który opiewa Polly Harvey.

Moglem się zresztą domyśleć, po co żołnierze w okopach krwawej bitwy robili ogniska z ziół.

Ale nie to w „Battleship hill” porusza najmocniej.

Piosenka zyskuje pełnię przez teledysk. Gentleman z początku może być zaskakujący, ale spokojnie, to przemyślana i spójna wizja. Harvey to artystka. Tam widać macierzyńskie uczucie, jakie żywi dla mężczyzn. Kojarzy się nam Zachód ze zbytnio wojującym feminizmem? Pewnie tak, ale to, jak widać, nie cała prawda. Nigdy wcześniej nie widziałem artystki z taką czułością podchodzącą do mężczyzn i chłopców, jak w tym teledysku.

Po tej wysokiej filozofii może być zaskoczeniem, co teraz napiszę. Rewelacyjnie i lekko się tego słucha. Jest to rock brytyjski krwi najszlachetniejszej. Muzyka, od której drżą dusze.

Tu kryje się ryzyko. Popadłbym w kary kościelne, gdybym rozkołysany tą muzyką, wsiadł na rower i pojechał do Anglii, by upaść przed panią Harvey z oświadczynami. By zminimalizować ryzyko, zanim płyta zacznie wirować, zawsze zamykam mieszkanie, a klucze oddaje mojemu stróżowi.

Potem staram się usiedzieć w miejscu, by malować, pisać, lub oddawać się rozmyślaniom, ale stopy najpierw drżą, potem się podnoszą, i już po kilku minutach, chcąc nie chcąc, stepuję po lśniącej podłodze moich przepastnych salonów.

Zauważyłem, że anioł także trochę się kiwa, a ostatnio nawet kręci kluczami.

Dodaj komentarz