Łomskie opowieści, Emil Andreev [recenzja]

Pierwszy raz spotkałem się z literaturą bułgarską, gdy uratowałem z kontenera na makulaturę przy puławskiej plebanii „Tytoń” Dimowa. Niestety, nie zdążyłem się zaciągnąć, ledwo zapaliłem, a anioł stróż szepnął mi na ucho, że to socrealizm. Tak oto nie przeczytałem poczytnej bułgarskiej powieści, za to zrobiłem mały sabotaż studni w Afryce.

Z Andreevem to już zupełnie inna rzecz, inne problemy. Anioł drapał się po głowie, gdy czytałem i nie wiedział, co rzec. To, że opowieści z Łomu są udane, to nie ulega wątpliwości. Ale nie wiadomo, co z nią począć z powodu klęski urodzaju.

Od pierwszej strony łatwo pojąć, co to za klęska. Autor opowiada o swoim mieście Łomie, niewielkim miasteczku, pełnym, jak to niewielkie miasteczka, osobliwych osób. Postaci są żywe i bywają zaskakujące, wiele cierpią i gęsto giną, a przy tym zamieniają się w bociany i z powrotem, przekraczają granice wymiarów, wędkują w Dunaju i innych rzekach, szaleją, płaczą nad grobem owiec i cieszą się nad grobem człowieka, odlatują, oraz, jak wszystko, zmierzają do światowego oceanu, sprowadzają chińskie psy z Zachodu, upijają się Rakiją, udają trupów, nie udają trupów, tańczą i kochają, nienawidzą wszystko, co istnieje, z wyjątkiem ruchu bilardowych bil, a przy tym oszczędzają, nie pieniądze, lecz życia, a także integrują się z Unią lub ze Związkiem, są jak diabły i bogi, słowem, wypełniają na sobie to zawsze spełniające się proroctwo Koheleta, że jest czas na każdą rzecz pod słońcem. Łom to miasto z krwi i kamienia, jak pisał poeta, z łatwością uwierzysz, że ktoś w nim całą noc beznadziejnie kasłał.

Literatura zawsze korzysta na przypominaniu nam, egoistom, o istnieniu pozostałych sześciu miliardów. U Andreeva bezsprzecznie korzysta. Nie na tym polega wspomniana klęska urodzaju.

O co mi chodzi, wie chyba sam pisarz. W ostatnim opowiadaniu siedzą przy stole w kawiarni i anegdotę z bułgarskiej ulicy były żołnierz z Rosji kwituje, że to stary, ruski dowcip. Trochę to tak wygląda z tymi opowiadaniami. Są uniwersalnie słowiańskie, choćby Bułgarzy nie byli Słowianami. To właśnie ta klęska, półka w „Między Słowami” na której „Łomskie opowieści” na mnie czekały ugina się od literatury czeskiej, od pisarzy bałkańskich, od od polskich reportaży ze Wschodu, a trochę o Skandynawii czy o Wyspach jest tylko na okrasę. Jeszcze do tego grube księgi o Żydach i ani śladu mojej kochanej, słodkiej Francji, nawet włosa na moim swetrze po pięknej Italii. Królują „Dzienniki Kołymskie”, a z nimi wszystko to, co pochodzi spoza wszelkich granic. To wszystko pamięć tego ludu, o którym powiadają Gruzini, że biada tym, co uciekli, i biada tym, co nie uciekli. Stempowski ze swoją „Ziemią Berneńską”, Herbert w swoim gotyckim ogrodzie, po co i gdzie oni jechali? Chyba dla niepoznaki nam ta łacińska czcionka, serce Polski, przynajmniej od referendum, w którym papież kazał głosować na TAK, jest zakochane w tej stronie, z której słychać płacz, pieśni rozlewne jak Don i krzyk naszej gwiazdy, gdy się rodzi – we Wschodzie.

Może przesadzam, ale zdaje mi się że na polskim kompasie literackim Mamy trzy literki E, między którymi waha się igła, a pozostałe dwie, N i S, tłoczą się na miejscu, na którym kiedyś królowało W.

Nie będę oszukiwał, że nad tym boleję. Mencken twierdził, że cały gigantyczny wkład Conrada w język angielski polegał na tym, że po słowiańsku opisywał morza południowe, z tą groza, z jaką u nas gawędziło się o bagnach, gdzie tańcują diabły. Józef protestował, bo jak tu pogodzić się z tym, że napisałeś „Serce Ciemności”, „Lorda Jima” i przepłynąłeś po morzu dystans stąd do księżyca, a nie opuściłeś swojej polskiej wioski? Także to nie tyle, że szkoda, to bardziej ciekawe, co w nas siedzi, że bardziej nas intryguje rozkład w albańskim pegeerze niż nowe horyzonty ludzkości?

Mozil o tym śpiewał, że tu ubóstwo jest naprawdę, tam bogactwo jest na niby. Aż mnie samego dziwi to, co piszę, nie chciało mi się w to wierzyć, ale to chyba prawda z tą słowiańską duszą. Nie byłbym bardziej zdziwiony, gdyby jutro odkopali wielką koronę królów Imperium Lechickiego.

Wracając do „Opowieści Łomskich”.

Językowo rzecz jest nierówna, ale to wina przekładu. Tłumaczy było dokładnie tylu, ilu w przysłowiu o kucharkach i w sumie aż dziwne, że jest co czytać. Pachnie mi to jakimś dziełem zbiorowym studentów filologii, tym bardziej, że na papier dołożył się Uniwersytet Jagielloński.

Ale nie narzekam, mogę przeczytać jeszcze tysiąc opowiadań o miasteczku, co wyglada jak portret pamięciowy mojego własnego.

uwagi

  1. Oj podziałał wpis jak poranna kawa,skłonił do remanentu w głowie!

Dodaj komentarz