Środa popielcowa

Wpadłem w koleiny, po jakich od wieków jadą przeładowane wozy kaznodziejów.
Powiedziałem, i nie zrobiłem.
Radziłem, a nie wypełniłem.
Powtarzałem, żeby nie rozdzierać szat.
Zaznaczałem żeby nie płakać.
Umniejszałem gesty, a wywyższałem postanowienia.
Mówiłem sercu „tak, ale” i stawiałem nad nim rozum.
Emocje! Cóż, gdy przeminą. Za to drobne, konkretne dobro przetrwa na wieki. Nie rozkoszuj się więc smakiem pokuty, duszo, ale zmieniaj swojego człowieka!
Metodą małych kroków.
Cóż, gdy ta dusza tak bezmierna, nawet, jak mawiają mistycy, większa od całego Nieba!
Dlatego, gdy już odszedłem od ambony, gdy trzeba było przyjąć popiół, to zamiast zwyczajnie pochylić głowę, upadłem na kolana przed szczyptą popiołu w kapłańskich palcach.
Jaka jest moc w liturgicznych gestach. Moc królewska, rządząca ludzkim sercem jak stary kanonik parafią, w której od półwiecza chrzci i grzebie.
A powalił mnie na kolana nie kto inny, jak mój pierwszy biskup, świętej pamięci Józef Życiński.
Jakimś cudem tak mi się zapisał, na kolanach, po ognistym kazaniu pełnym anktualnych odniesień, przyjmujący popiół i słowa o tym, czym jest i w co się obróci.
Jak to jest, że ten obraz wraca co roku i tak mnie powala?
Ktoś mnie zapytał, czemu ksiądz brał na kolanach, a ludzie na stojąco, na co nie znalazłem odpowiedzi poza tą, że księdzu wolno, bo innych rzeczy nie może robić, na przykład nabywać ziemi bez wiedzy Kurii.
Ale kto by w taki dzień myślał o nabywaniu ziemi.
Cisi i tak ją całą posiądą. Mam nadzieję, że jako dobrzy chrześcijanie nie wygonią z niej mnie, głośnego.
A ziemia dziś tak pięknie przedwiosenna, jakby światło usłuchało Pana Jezusa i obmyło twarz. Ten blask, białe chmury nad Starym Miastem, a granatowe nad urwistymi szczytami Czechowa, to miłe wrażenie, gdy wylazłem na Krakowskie po zbyt dobrym, jak na środę popielcową, obiedzie.
Cóż, siostry bywają niepoprawne.
W ten jasny dzień mijam parę młodych, idących prawie biegiem, podających sobie w locie swój wspólny uśmiech w czerwonej czapeczce. Ależ to musi być fajnie, gdy rodziców masz młodych, gdy wciąż ważysz tyle, co kot opiekuńczej wdowy, gdy nie umiesz jeszcze mówić, za to już patrzysz, szerokimi oczami i w zachwycie na świat wiosnenny i kolorowy. Lecisz, po prostu lecisz nad tym Krakowskim i wydaje się, że nie ma anioła, co byłby bardziej zadowolony!
Po rodzicach z dzieckiem minąłem starego przyjaciela, który z przejęciem coś wyjaśniał i chwilę potem myślałem o tym, skąd wracał i co by mi powiedział, i co bym mu odpowiedział na pytanie, co słychać.
Być może się już nie dowiem. Obaj zmieniliśmy telefony.
Poszedłem dalej, do swojego ulubione miejsca, na pisanie.
Gdy w powietrze napełniło się pierwszą kawą z tygielka, wiedziałem już, że muszę dopisać kolejne zdanie do traktatu o chwale.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s