Mama umiera w sobotę, Rafał Niemczyk [recenzja]

Po kilku stronach opowiadań Niemczyka wiedziałem, że doczytam je do ostatniej kropki, ale jednocześnie poczułem, że coś zakłuca przyjemność lektury. Zaczął mi się krystalizować w duszy zarzut – długo oglądałem go w świetle kawiarnianej lampki,  a nawet patrzyłem na niego przez pryzmat jaśniejącego bursztynem grzańca. Stwierdzam, po oględzinach, że kamyk nie jest zbyt wielki, ale minerał, który składa się na jego większą połowę, jest diabelsko twardy. To moralizowanie.
Kłopot z opowiadaniami Niemczyka nie jest duży. Kamyk „to czyń, tamtego nie czyń” nie jest wielki. Całkiem mi się to pisanie podobało, ale co zrobić, gdy już wiem, że istnieje literatura wolna od tego grzechu, jak ta spod palców Pawła Sołtyas, u którego już w początkowej literze zbioru opowiadań „Mikortyki” nie da się stwierdzić nawet najmniejszego atomu pouczania, by nie wspomnieć o Izaaku Bablu, którego proza niesie tylko tyle pouczenia, ile wiosenny wiatr.
W czym Niemczyk moralizuje? No, trochę jest tego, zwłaszcza, gdy mówi o tematach społecznie doniosłych, czyli o życzliwości sąsiadów, o życzliwości urzędów, o rodzinie z problemem alkoholowym, oraz o innych podobnych rzeczach. Znów czuję potrzebę oddania sprawiedliwości temu autorowi – nadaje się on na jednookiego króla polskiej literatury, bo nawet, jeśli nie porusza się w obszarach wszystkowidzącego Sołtysa, jest o lata świetle bliżej artystycznej wolności niż ci prozaicy, na których przychylnie patrzą gazety wyborcze i nasze dzienniki dowolnej ze stron naszych polskich barykad. I zło, i dobro u Niemczyka nie są kretyńskie, każde z nich otarło się o Tajemnicę i to już wielka ulga dla czytelnika.
Nie jestem też pewien, na ile zgadzam się z jego wyborem, by niektóre postaci zakreślać dokładnie, a płytko, jakby celowo pokazując nam ich marionetkowe wręcz ograniczenia. Nie przeszkadza mi, że ojciec w jednym z pierwszych opowiadań jest tekturowy, a w ostatnim przemienia się w Boga i diabła w jednej osobie, ale po drodze mógłby być bardziej człowiekiem. Jest zresztą Niemczyk bardzo blisko tego, jak uważa, w opowiadaniu o chłopcu i starszym mężczyźnie, najbardziej udanym, które dobrze zapamiętałem i które skłoniło mnie do marzeń o robieniu filmów, było bowiem krwiste i plastyczne, jego karty zapełniali ludzie, podpatrzeni może trochę z boku, ukradniem i nawet nieco przypadkowo, ale intrygująco i realnie. Dziadek, którego chłopiec trzy razy co dzień bije po twarzy zapadł mi w pamięć. A kiedy na scenie pojawiło się pudełko, to jakimś sposobem autor wymusił na mnie najpierw domyślenie się zawartości, a potem dreszcze. W tym opowiadaniu był też Niemczyk najbliższy tego, by nie dzielić swojej wizji na prawą i lewą stronę. Z rozsądną pokorą zawiesił sąd, zdając się na ten Ostateczny.
Ewangeliczne „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” zaprawdę jest receptą na strawna prozę.
Myślę, że u Niemczyka rychło nastapi porzucenie tej drogi. Wówczas w składzie kamyka, który zwrócił moją czytelniczą uwagę, zostanie jeszcze tylko jeden uciażliwy minerał.
Nadmiar.
U Niemczyka słowa nie płyną i nie niosą, tak jak lubię, jest ich za dużo, podobnie jak obrazów i idei, przez co tekst traci na czytelności. Stąd prosta zasada, jaką zdradził mi kiedyś twórca nadających się do czytania kryminałów – rezygnacja. Trzeba rezygnować ze swoich ukochanych kawałków tekstu, zostawić tylko to, co niezbędne.
W kursach kreatywnego pisarstwa wezwania „kill your favorites”, „zabij swych ulubieńców” padaja z częstotliwością, jakby zalecała czystki etniczne we własnej rodzinie.
Niemczyk mógłby połowę pomysłów z każego opowiadania usunąć i każde z nich by na tym sporo zyskało. Widać to w pierwszym, w opisie pieczątek na urzędowym liście. Taki dar obserwacji, że dostrzegasz, jako autor, drobiazgi w rodzaju odcieniów czerwieni na dokumencie, to prawdziwy dar. Ale jeśli każdy z takich darów umieścisz w tekście, zamienisz je w przekleństwo.
Takie drobiazgi są ważne, bo pisarz to przewodnik po fabryce świata, ma pokazać czytelnikowi, niby przypadkiem, jak działa ta, czy inna maszyna, zwłaszcza, jak działa sam czytelnik. Ale właśnie dobry przewodnik wie, o czym i kiedy powiedzieć, wie, kiedy jego jezyk domaga się ugryzienia, dla dobra snutej przezeń opowieści.
Gdy czytałem ten zbiorek opowiadań, do kawiarni przyszło trzech chłopców. Postanowili grać w gry planszowe, łącznie udało im się rozpocząć czternaście różnych, od szachów dla trzech do granej poziomo jengi i to w ciągu piętnastu minut. Byli porywczy, wymęczeni piątkową szkołą, przy tym hałaśliwi, niesforni, słowem, byli cudowni, jak to dziewięciolatkowie. Jeśli ktoś uważa, że potrzeba innej materii na arcydzieło, które zapisałoby się w genetycznej pamięci naszego gatunku, niż wizyta tych trzech w kawiarni na lubelskim Starym Mieście, to nie wie jeszcze (być może na szczęście dla siebie) na czym polega magia literatury. Jednak arcydzieło osnute na ich historii, na ile byłem jej świadkiem, nie mogłoby się zagubić w szczegółach ich ubrań, ich rodzin, ich fizjonomi, choć musiałoby każdą z tych rzeczy tak zasugerować czytelnikowi, by on sam sobie je najlepiej dopowiedział.
Być może zresztą z dalszych odcinków kursu dla kreatywnych pisarzy dowiem się, że nie należy liczyć na czytelników, którzy mają duszę, jeśli chce się coś z książek sprzedać.

Dodaj komentarz