Tenet, recenzja

Sator Arepo TENET Opera Rotas, pisałem z nudów na ćwiczeniach z teologii, niewiedząc, że za mną stoi Christopher Nolan i wszystko to zapisuje w pamięci.

SATOR
AREPO
TENET
OPERA
ROTAS

To było dziesięć lat temu. Nic nie zrobiłem z moim magicznym kwadratem, a Nolan przeciwnie, zatrzymał wtedy czas w sali wykładowej lubelskiego seminarium i wyszedł z niego z pomysłem na film.

Tenet to taki angielski kajak, czyli palindrom

Słowa magicznego kwadratu przewijają się w filmie: Sator to nazwisko złego miliardera, Arepo imię malarza-fałszerza, tytuł to tytuł, początek ma miejsce w operze, a Rotas norweska agencja ochrony. Ten inspirujący kwadrat zawdzięczamy Kurii Rzymskiej. W tym wypadku to jeszcze Kuria sprzed chrztu, z czasów Republiki. Anonimowy urzędnik bazgrze z nudów w tej pogańskiej Kurii (dziś, warto zaznaczyć pracują tam prałaci nie znający nudy, więc tworzą nie magiczne kwadraty, a encykliki, itp). Bezbożny ów kurialista pisze więc sobie głupoty na kurialnym pergaminie. Nagle odkrywa, że zdanie „Siewca Arepo z trudem wstrzymuje koła”, czy też „Siewca przy swym wozie kieruje pracami”, jak to się różnie tłumaczy, to palindrom nad palindromami. SATOR AREPO TENET, etc. Król magicznych kwadratów! Można go każdą stronę czytać, a w dodatku ma szczyptę sensu, opisuje pracę w polu. Zachwycony tym nagłym sensem, obym kurialnym dokumentom kurialista krzyczy w ekstazie. Jego „Eureka!” jak fala idzie przez wieki. W dłoniach wierzących w moc słów chrześcijan, kabalistów i masonów zostawia niezawodne amulety. Na końcu fala ta, niemal stłumiona przez przemiany kultury, rodzi jeszcze film Nolana. Ja, pogański wyznawca kina, bardzo chciałem w ten film uwierzyć. Nie dało się.

Nie będę nosił przy sobie „Tenetu”

Magiczny kwadrat o siewcy to symbol ukrytego porządku rzeczy. Ludzie lubią go, bo sugeruje swoimi pięcioma słowami, że coś za tym całym chaosem stoi. Że coś jest. Ilekroć zaś w chaosie uda się dostrzec porządek, mózg ludzki cieszy się. Wytacza sercu beczki z endorfiną. Stąd satysfakcja, która powinna płynąć z tak odległych z pozoru rzeczy, jak teologia i kino. Ulga płynąca z tego, że się coś okazało. Bez nuda nas zatapia, jak na ćwiczeniach z teologii u rzymskiego doktora M. Cóż, u niego chociaż miałem kartkę pod ręką.

Pościg z Bonda wpada w środek teledysku Enigmy

Zanim dzięki teologii odkryłem magiczny kwadrat, siedziałem na magicznym dywanIe moich rodziców. Był on w spisku z telewizorem i pod jego wypukłym okiem unosił się. Lecieliśmy razem przez teledysk „Enigmy”. Jabłka wracały na gałąź, koń wspak biegał i widziałem, że to jest dobre. Lecieliśmy dalej i widziałem też, że dobre są filmy o Jamesie Bondzie. Znajdowałem upodobanie w willach, w autach z karabinami i jachtach, w paniach kąpiących się w basenach, w niezbełtanym Martini i w licencji na zabijanie. Psychika ośmiolatka zaś, jak zauważył Izaak Babel, niczym nie różni się od psychiki dorosłego mężczyzny. Stąd „Tenet”, mieszankę magii i kina akcji powinienem pokochać. Tymczasem, jak przy „Incepcji” i „Interstellar” Nolan mnie rozczarował. Było ledwie znośnie. Film, który z samego założenia i z nazwy, dającej się czytać wspak, powinno dać się oglądać wiele razy jest na raz jeden. „Tenet” ten pyta nas „co ty możesz wiedzieć o życiu miliarderów?” Po czym przypomina nam przysłowie „czemuś głupi? Boś biedny!”

Nolanie, po co mnie mamisz?

Nolan wysoko wiesza sobie poprzeczkę. Wyżej nawet niż tam, gdzie latają szalone dywany Bondów. Po czym z całym orszakiem efektów za sto pięćdziesiąt milionów dolarów przechodzi pod nią; najdroższe z nich, jak scena pościgu, zahaczają o nią, prawie ją strącając, przez co chcę powiedzieć, że zachwycając się nimi czujesz, że jest ich więcej, niż fabuły i sensu. „Tenetowi” towarzyszy poczucie filmowego sufitu. Dobrze zrobiony to film, w którym nie ma miłości, bo tej i za miliardy nie kupisz. To film, gdzie chłop ratuje babę z powodu szlachetnego humanizmu, a nie z powodu chłopięcej nadziei na całusy. Czarny Bond Nolana przepisowo pędzi przez teledysk na koniu goniąc własny biały ogon. Do tego, by wytłumaczyć, jak bardzo ta pogoń jest zgodna z fizyką kwantową, zatrudnił Nolan naukowca, co trzeba pochwalić ze względu na niedofinansowanie nauki. Kinu jednak ta rzekoma zgodność z kwarkami pomóc nie mogła, a zaszkodziła Nolanowi, mamiąc go dodaną wartością, której nie ma. Niby wIelkie to kino szczyt swój osiąga w sztuczce splecenia palców dwu rąk, służącej za znak „Tenetu”.

W filmie, gdzie się strzelają powinien być choć jeden łuk

Dziecku imponuje sztuczka z cofaniem czasu z teledysku „Enigmy”. Rosnąc, dorastamy jednak. Staje się jasne, że to, czy jabłko leci w górę, czy w dół jest mniej ważne od tego, co dzieje się w człowieku. Czy leci on w górę, czy w dół? U Nolana męscy protagoniści biegają, a są nieporuszeni. Łuk ich uczuć i decyzji to oglądana z różnych perspektyw kropka. Nic się w nich nie zmienia. ]Nolan wie, że powinno to tam być, więc serwuje coś, co ma rozwój charakteru przypominać. Kobieta tylko podlega pewnej ewolucji, lecz niestety zupełnie przewidywalnej. Jak i cały film.  Najciekawsze w bohaterach są ich brody (z wyjątkiem kobiety). Ich motywacje zwodzą prawie tak samo jak motywacje tych, których nie widać, a którzy w „Tenecie” odwracają naboje, samochody i ludzi, by jak ogier z teledysku galopowały wstecz. Po co cała ta czasowa zawierucha? Błogosławieni, których nie rozczaruje oferowane przez „Tenet” wyjaśnienie. Niestety, to ambicje Nolana, wyrażone w obietnicach rzucanych widzowi na początku podkopują ten film. Porwany nimi śledziłem szczegóły z uwagą ośmiolatka, po o tylko, by potem odkryć, że jedynie kilka scen opowiedzianych zostaje drugi raz z innej perspektywy. Jak można było nie wrócić do tej opery? Tenetowi brak dokładnie tej magii, która działa w kwadracie magicznym.

Tenet nie nadaje się na zrzucenie z ambony

Realistyczna filozofia prześwieca z Tenetu i pochwała wiary. Pycha zostaje skarcona, jak i przemoc, pochwalony zostaje humanizm, ale też Opatrzność. No i co z tego? Nie po Pan Bóg stworzył zaraz koło KUL-u kino „Bajka”! Nie dla tych mądrości, ale po to, by teolog po całodziennym ryciu w twardym węglu katolickiego dogmatu miał trochę godziwej rozrywki. Tymczasem w przerwach wartkiej akcji morały tego filmu są WYGŁASZANE, jak na wspomnianych ćwiczeniach z ks. MC. Na przykład: To, co się dzieje, poucza „Tenet”, dzieje się naprawdę. Przy wszystkich zawirowaniach dokądś płynie wielka Wisła czasu, uczą nas postaci z nowego filmu Nolana. Ich kazanie jest, jak to się mówi, wydrukowane z Internetu i pierwszy raz przeczytane, składa się z mądrości w stylu, że „o siebie dba i za siebie odpowiada każde pokolenie”, albo, że jak rozwalimy planetę, jak ją właśnie rozwalamy, to nasze wnuki źle sobie o nas pomyślą. Jest Bond, ale jest i Sherlock w „Tenecie”. Wnuki faktycznie źle sobie o nas pomyślą i będą gotowe zignorować nawet paradoks dziadka, ale to przez takie filmy. Są one jak brzydki sweter pod choinką w miejscu, gdzie dziecko liczyło jeśli nie na latającego konika, to chociaż na skrzynkę Martini.

Kwadratura magii, kwadratura kina

Z kwadratu, który rysowałem przed dekadą nie powstało nic. Z kwadratu Nolana wziął się „Tenet”, film, który bawił mnie, a który krytykuję, bo liczyłem na lepszy. Przyznam, że przesadziłem nieco w jego krytyce. Jest ciekawszy, niż słuchanie referatu o teologii dialogu. W jakiejś rzymskiej kurii przed tysiącami lat ktoś się nudził i stworzył ponadczasowe dzieło, które ludzie uważali za amulet, zaklęcie, cud. Nawet dziś odkrycie symetrii tego zdania rodzi uśmiech. Zachwyt i śmiech to niestety dwie rzeczy, których „Tenet„ nie urodzi. Jakby Nolan był zbyt poważny. Zbyt długo myślał, zbyt wiele gadał z tym fizykiem. Tymczasem kino to złudzenie. Stąd też „Incepcja” jest bardziej udana niż „Tenet”. Nie da się zrobić idealnego filmu, jak to Nolan usiłuje. Da się go jedynie zasugerować. To ten właśnie banał, który pada na początku „Tenetu”: nie staraj się zrozumieć, a poczuj to. Nolan nie czuje. Nie da się narzucić doskonałym scenariuszem, warsztatem i efektami magii kina, gdyż ona nie istnieje bez drugiej strony, bez widza. Musisz mrugnąć do niego szklanym okiem i zaprosić go do zabawy. Kino, modlitwa, seks, oto są rzeczy smaczne tylko wspólnie.

Bajka o irlandzkim królu i poemacie

W starej bajce, którą opowiada Borghes, słyszymy o poecie, któremu król zleca napisanie poematu o zwycięskiej bitwie. Poeta przynosi dzieło doskonałe, a więc król go odsyła po jeszcze lepsze i tak trzy razy. Poeta wspina sie na nieludzkie wyżyny. Krew się leje, a Borghesowa bajka zachwyca. Otóż Nolan to poeta, który przynosi film o nieistniejącej bitwie. Król kręci głową. Widzi, że nie ma sensu odsyłać. Wzdycha więc i po prostu płaci. Mądry król wie, co wiedzą fani takiego kina – i tak nikt nie zrobi lepszego złego filmu, niż Nolan.