Kazanie do ptaków

Święty Franciszek, mówiący kazanie do ptaków, spełnia Apokalipsę. Powiedziane jest bowiem w Piśmie, że zawołał anioł, by zebrć ptaki pod niebem na wielką ucztę Boga. To ponoć powiedział Panikkar, gdy odprawiając mszę w Asyżu, udzielił Komunii gołębiom, o czym wiem, bo o nim piszę. Franciszek by go za to pobił Gdy on mówił do ptaków kazanie, zapraszając je na ucztę to nie o mszę mu chodziło, bo msza jest ofiarą bezkrwawą. Jemu chodziło o krwawą ucztę z ludzi. Takiej uczty ptaki od dawna u nas nie miały. Od lat nie serwowano jej w Lublinie, na łąkach za miastem, ani w Łęcznej, w cieniu klonów, na zboczu za bożnicą. Uczta z ciał dla sikorek i kruków. Od lat jej nie miały ptaki i żywi je karmili. Miały inną ucztę. Bez kazań, bez zaproszeń. Chyba że do karmników, Poza tym, jak szczenięta w Ewangelii, jadły z tego, co nam spadło, panom i paniom planety Ziemi. Za to by nam z kolei Franciszek przyłożył brudnym sznurem swego habitu. Ten anioł Apokalipsy, co skrzydła sprzedał ubogim. Co dał je przejechanemu drozdowi. Nas by tłukł, jak to prorok. Aż ptaki by krzyknęły, nie bij ludzi! Zostaw ich! Po kim będziemy sprzątać chodniki?

Gołębie na Lipowej wyglądają, jakby kawki zorganizowały je w drużyny, z chodników przeniosły się na trawniki, przeczesują każdy kawałek, a i tak niewiele to da. Nie tylko nasza, także ich gospodarka się załamała. Masa gniazd ma jajka, których nie będzie jak wysiedzieć. Wiadomo, że gołębie padną z głodu ostatnie, ale już dziś widziałem wśród nich niemrawe. Gołębie śpiące pośrodku skweru, gołębie gibające się na boki. Ich inteligentniejsi sąsiedzi, gawrony, nie tylko robią wrażenie organizacji, ale istotnie są zorganizowane. Patrolują ulice. Latają nad nimi na niższej niż zwykle wysokości. Powtarzają sobie plotkę, że anioł, albo przedstawiciel federacji galaktycznej, już zstąpił z nieba i przypiął do kasztanowca gdzieś na Czechowie ogłoszenie, że szuka się nowego gatunku do zarządzania pewnym ogrodem. Pewną planetą Ziemią. Po co nam brać tę ruinę, pyta jeden, a drugi kracze, że to nic pewnego. Nic pewnego, ale plotki takie szybko dostają skrzydeł i to o takiej władzy myśli niejeden gawron, gdy walczy ze sroką o szczurzy ogon. O czym zaś myśli sroka? O gnieździe nad Obrońców Pokoju, czy jest spokojne? Czy nie musiała poderwać się z jajek? Bo w mieście panuje niepokój, gdy opuściliśmy ulice. Pustka po ludziach jest jak upuszczony diadem, po który nikt się nie schyla.

Mówią, że natura wraca po swoje. Po zmroku, gdy puszczyk huczy w lipach, sam myślę, że może? Tylko, że ona zawsze wraca z drążącym sercem, z niedoskonałą pompką, co dźwiga na sobie ciężar latania. Pompkę, którą o zawał przyprawiają grube koty bez dzwonków. Kocury polujące, by zatrzeć krwią posmak puszki w paszczy. By zapomnieć w marcu o tym, co zabrał weterynarz, oprawca. By zabić nudę. Dla tej kociej nudy ptasia natura wraca, ale się boi. Nie wie, czy umie bez nas żyć. Skrzydła dają niezależność, ale to tylko symbol. Skrzydła to symbol niezależności od człowieka, od świata. Stąd mają je aniołowie, a nam ich brak. Nawet Franciszkowi, co trzyma sznur i się zastanawia. Parzy. Dziewczynka w filmie pośród łanów kukurydzy. Modli się. o co prosi Boga? Żeby tata jej nie znalazł, a potem o skrzydła dla siebie i dla klęczącego obok chłopca. W filmie możemy spojrzeć na nich z góry, choć jest to oszukaństwem, bo ludzie nie latają.

Franciszek puszcza sznur, nie stłucze dziś nikogo. Przypomniał sobie te modły. Klarę sobie przypomniał, biedę i śmierć świętej Klary. O co się wtedy modliła? Bo ludzie przy śmierci modlą się o skrzydła. O skrzydła, o miejsce na pokładzie samolotu, łodzi, o wytrzymanie bramy, o to, by nie zdzierali podłogi, by nie weszli na strych. By ptaszek wpadł we wnyki. Modlili się czasem do lecących nad obozami żurawi, A głodne dzieci przypominały sobie bajkę o ich tańcu, który nie jest bajką, ale trudem. Albo modlitwą? O znośny lęg, o bezpieczne gniazdo. Żyją jeszcze u nas ludzie, jeszcze oddychają ci, co w wojnę kosztowali żurawi. Jedli tańczące ptaki. Jedli rosół z czujnych ptaków, co dawały się podchodzić w poranki zanurzone w mgle, sztuce i miłości, co dawały się zastrzelić, z ptaków o uderzenie skrzydeł za długo odkładających ucieczkę z gniazda. Jajecznica z jajek żurawi mogła mieć gorzki smak żalu. Smutno było temu, kto jej jadł, bo zabójcy nie zawsze pozbawieni są serca. Czasem muszą rozbić jajka, by ocalić swe serce.

Ptak, który odkłada trzepot skrzydłami, oszczędza serce. Na wyspach, gdzie nie ma drapieżników, ptaki oduczały się fruwać. Spacerowały jak człowiek z dzieckiem w letnie kazanie, pod lipami. Ptaki z wysp znały tylko kazania o miłości. Nie było grozy w ich ptasich kazaniach. Ani lotu nie znały. Biegały spokojnie jak kurczaki, które nagle odkryły, że drzwi fermy są otwarte, nikt nie przychodzi i można wyjść. Nie ma takich wysp szczęśliwych, ludzie wszędzie dotarli, za nimi szczury. W ów dzień ocalały te ptaki, które serc nie oszczędzały, które szykowały się do lotu. Nawet gdyby takie bezpieczne miejsce było, albo, gdyby ferma okazała się otwarta, to pola i łąki są pełne bażantów i przepiórek, a niebo patrolują jastrzębie i niejeden kurczak w ich szponach myślałby ciepło o wygasłych świetlówkach rzeźni, gdzie nie zdążono, z jakiegoś powodu, utuczyć go i zabić. Jastrząb, trzeba mu oddać, nie śmiałby się, że kurze skrzydła dopiero w jego szponach tną powietrze. Śmiech bowiem robią ludzie. Śmiech, jak lot, pozwala uciec. Umila i rozrywa Śmiech to tokowanie ludzi, głos pozwalający im ze sobą wytrzymać.

Trzepot skrzydeł ma w sobie coś ze śmiechu, a skoro łatwiej namalować człowieka ze skrzydłami, niż człowieka, który śmieje się ze wszystkiego. Kuleją te nasze symbole. Powiązaliśmy ptaki z aniołami, a więc z Bogiem, choć to podobnie podobieństwo jest nasze. Pan Bóg dobrotliwie się na to uśmiecha, liczy, że nawet człowiek w końcu w dojrzy swe podobieństwo do bociana. Dojrzeje do podobieństwa do sikorek i do drozda. Może do tego drozda z cmentarza na Lipowej? Sikorki śniły mi się w kurtkach, z rękami w kieszeniach, stojące na przystanku, w kapturach. Drozda widziałem, jak trząsł się między murem cmentarza, a Plazą, za nic miał to, co by mi odpowiadało, czyli uwagę dwu studentek, które zaczęły go ratować. Nie były z jego bajki. Myślał o pani drozdowej, co w domku na tui czeka na ślimaka, albo o żółtej skorupie takiego ślimaka, a może tylko kolor miał w stukniętej przez auto głowie. Jaki kolor? Błękit może.

Pięćdziesiąt na godzinę starczy, by zabić drozda. Powinny uważać ptaki, bo dwunogi zabrały się z ulic, ale czterokołowce mają jeszcze dość paliwa i latają ulicami, trąbią i dzwonią lubelskie karetki w głośne dzwony. I drą się z megafonów stare wozy straży miejskiej, a kos nie zwraca uwagi. Śpiewa z najwyższej gałęzi. Gdy słońce jest na pół skrzydła, czas coś przypomnieć. Dać kazanie wszystkim innym kosom, o czyjości tego drzewa i tego gniazda. Kos głosi odwrotnie, niż anioł Boży, niż św. Franciszek, wołający ptaki. Jak nie one, myśli kos, to szczury posprzątają po ludzkim dramacie. Nie myśli jednak tak naprawdę, bo go to nic nie obchodzi i być może także śpiew jego wolny jest od myślenia. Może nawet o drzewie i o gnieździe zapomina. Gdzieś po siódmej jest już aniołem po Apokalipsie. Jego kazanie to balsam na duszę Lublina. 

uwagi

  1. Nie, Panikkar tak zrobił w Asyżu, gołębie wypuryfikowały. Jak rasowy ksiądz hippis odprawiał tylko na chrupkach, na Wielkanoc święcił wszystkie żywioły, nie tylko ogień, etc. Miał osiemdziesiąt kilka lat, gdy wziął ślub, by zaprotestować przeciw celibatowi. Przy tym szukał audiencji u Benedykta. Barwny był to miś, wesoły, głupawy.

  2. To był taki szaman intelektualista, znał dziesięć języków, pisał uczone tomy, potrafił zagadać ludzi na śmierć. Mówił, że jest jednocześnie katolikiem, hinduistą, buddystą i ateistą. Ale nie mógł być zupełnie na nic, skoro mu Jordi Savall zagrał na pogrzebie w sanktuarium narodowym Katalonii.

  3. Być zupełnie na nic – to chyba regionalizm. Moja koleżanka też tak mówi. Jak zareagował Kościół na to małżeństwo? Jeszcze jedno wścibskie pytanie: co to za kobieta była?

  4. Kościół zareagował tak, że Benedykt XVI nie zgodził się na osobistą audiencję. Pochowali go jak wielkiego prałata. Panikkara zrugała jego siostra za ten ślub, ale nie za złamanie celibatu, tylko za intencję. co do kobiety, to długa opowieść. Zrobiłem wpis o Panikkarze, pierwsza część będzie na blogu dziś, druga po niedzieli palmowej. Co do regionalizmu, to za Wielkiej Lechii wszyscy tak mówili, od Berlina do Seulu 😉

Leave a Reply