Szczeliny istnienia, Jolanta Brach-Czaina

„Szczeliny istnienia” to dwieście piętnaście stron filozofii spisanej w języku, w którym słowo filozof to uliczna obelga. Autorka tej książki, pani Jolanta Brach-Czaina jest wykładowcą filozofii, ma tytuł profesorski, co jest szokujące w kontekście zawartości, bo „Szczeliny” nie są kolejną książką o książkach. Są za to filozofią codzienności, dlatego też się nie starzeją, wydane pierwszy raz w latach dziewięćdziesiątych, wróciły rok temu i byłem świadkiem, jak ludzie chodzą za nimi, to dopytują w księgarni, czy są. W mojej ulubionej były i tam po kawałku je przeczytałem.

Dobra dusza dbająca tam o książki postawiła je na regale z reportażami i przewodnikami, a z daleka od Kanta, Tomasza, Platona oraz magazynu „Filozofuj!”, słowem od klasyków filozofii i od grubych opracowań tych klasyków, męczących zwykle nawet dla młodzieńców, zwykle studentów teologii lub filozofii, wystarczająco naiwnych, by je kupić.

Nie to, żebym przyznawał słuszność ulicznej obeldze, która wyraża głębokie przekonanie naszego narodu, że filozof jest szkodnikiem, a myślenie, zwłaszcza zorganizowane, jest złe. Przeciwnie. Natomiast o ile myślenie nie jest złe, o tyle jest trudne i trudne jest też pisanie o ideach filozoficznych, czyli o tym, co dobry filozof powinien dostarczać jak krowa mleko. Pisanie o ideach wymaga, co jasne, zrozumienia i pani Jolanta rozumie, co myśli i jeszcze potrafi to komunikować.

Posiada własne interesujące idee. Stąd na przykład rozdział o krzątactwie, czyli filozofii sprzątania. Albo ten o porodzie, zapierający dech szczegółami i odwagą w opisie, bo choć autorka nie napisała książki o książkach, to zna je dobrze, wszystkie te księgi składające się na myśl europejską, w których pracownicy wydziałów humanistyczne uniwersytetów legną się jak mole. Pani Jolanta mole zgania, a księgi odkurza, łącznie z Biblią i Katechizmem, a w tym, jak to robi i co wyciąga, znać właśnie odwagę i pewne zaufanie do czytelnika, że powstrzyma zapisany w polskich genach odruch odrzucenia obcej idei i jednak się zastanowi.

Zgadzać się z nią oczywiście nie trzeba, nie po to są „Szczeliny”, ale są miejsca, w których trzeba samemu zacząć myśleć, albo zgodzić się, że właściwie to sam nie wiem, dlaczego uważam o świecie właśnie to, co uważam, albo dostrzec, że uważam właśnie to, by móc zgodzić się z możliwie dużą liczbą dwunogich istnień z mojego otoczenia.

W kraju, gdzie obozów ideowych jest mniej, niż operatorów telefonii komórkowej, ta książka z lat dziewięćdziesiątych jest ciągle zaskoczeniem.

Dlaczego książka ta nie była głośniejsza? Bo nie wzywała do żadnej krucjaty, więc gazety u nas o niej nie napiszą.

Wychodzi to na przykład przy okazji jedzenia mięsa, gdzie autorka rozmyśla nad tą codzienną sprawą z dala od utartych torów, a to, co spisała, zaskoczy zarówno tych spod znaku zabijać, aby żyć, jak i tych spod znaku żywej świnki.

Gdy czytałem to o mięsie, przypomniał mi się mój znajomy ksiądz, do którego dziki dzwonią nocami z telefonu wetkniętego w stertę buraków. Jest ów ksiądz jak lew z filmu przyrodniczego. Telefon wkłada w karmisko jedynie, gdy widać dno zamrażarki. Sam oprawia dzika, a potem zjada. Brzydził się głośnymi pomysłami likwidacji dzików, ale opcję wyrzeczenia się mięsa uznałby za dobrą dla aniołów, a nie dwunożnych ssaków o duszy zaplątanej w dobre kilkadziesiąt kilogramów mięsa.

Jest u autorki „Szczelin” podobna zgoda na ludzką naturę w jej krwawym wcieleniu, a przy tym jest współczucie tym, których zjadamy, zwierzętom.

Pani Jolanta Brach-Czaina zauważa, że z perspektywy chrześcijańskiej Pan Bóg jest w podobnej pozycji, co baranek. W obu przypadkach karmimy się ofiarą. Pani filozof zręcznie łączy przy tym teologię z rozpalającym zmysły przepisem na jagnię w ziołach. Od mięsa zaś tylko krok w kierunku śmierci, bo w końcu z pogrzebu człowieka bowiem tak samo, choć w inny sposób, cieszą się aniołowie i robaki.

Fragment o mięsie będzie niestrawny tylko dla tych, którzy chcą rozwiązań jednoznacznych, zwolenników czarno-białej bandery nad okrętem etyki.

Zaletą tej książki jest brak moralizowania. Autorka głośno myśli, ale nie robi abordażu na sumienie czytelnika.

Najsłabszy rozdział, według mnie, to ten o wyjątkowości cierpienia, które zadaje człowiek na tle tego, które zadaje przyroda. Choć autorka odrzuca kwestię grzechu, uważa, że mimo to ludzkie okrucieństwo jest jakoś inne, niż okrucieństwo przyrody. Nie rozumiem jednak dlaczego, skoro nie ma winy? Mam wrażenie, że jest to miejsce desantu humanistycznej mistyki na tę książkę. Dla mnie niestrawnej, ale wybaczalnej w kontekście całości.

To dobra książka. Dziś, gdy niełatwe wdzięki filozofii przesłoniły dodatkowo wszystkie te socjologie, psychologie i wiecznie młoda teologia, zaczytana w Bożym Objawieniu, warto pozwolić sobie na spróbowanie. Autorka tłumaczy swoje myślenie tak, że nawet profesor je zrozumie. Gorzej, że jej pisanie bywa gęste i przez książka lepiej nadaje się jako podstawa od rozmyślań od czasu do czasu, niż na przeczytanie w kilka dni. Ale sięgnąć warto, nie tylko dla odważnych myśli, ale i dla cudnego przeczucia, które się nad „Szczelin Istnienia” unosi.

Rzeczy są wdzięczne, jeśli poświęcić im uwagę i mądre, jeśli się zastanowić.

Dodaj komentarz