Pożegnanie z kotem

Pietruszka mu było, czyli prawie tak samo, jak mi, a nawet ładniej, bo roślina jest żywa, a kamień, wiadomo, nawet taki św. Piotra, kojarzy się twardo i zimno. Za to Pietruszka brzmi wspaniale, brzmi zielono, jak udane wakacje.

Podczas łaskotek Babcia mnie czasem tak nazywała, Pietruszka. To była moja z tym kotem wspólnota losu, bo odkąd trafił do nas, skazany był na pieszczoty.

Nic dziwnego, kocię białe i długowłose wyglądało jak ze zdjęcia na pudełku czekoladek. Z tym, że zamiast słodyczy, w środku była agresja. Cały ten puszek okruszek żył według myśli wyrażonej w tytule serialu przyrodniczego, zabijać, aby żyć. Lwica dogania i powala antylopę. Pietruszka rzuca się na rękę sięgającą po szczotkę, na nogi przechodzące za blisko stołu, na muchę, na kurę, na cień kanarka na ścianie. Tylko ten potwór, co huczy i miarowo rusza się po dywanie wysysał odwagę z serca tego białego lwa i wyganiał go pod łóżko.

Na początku nie wiadomo było do końca, czy to on, czy ona.

Pewien polityk, gdy go zobaczył oznajmił, że to kotka, bo ma małą głowę, stereotypowa anegdota, przyznajmy. Cóż, gdy innego zdania na temat płci była kocia agresja i genitalia.

Tu dochodzimy do czarnych kart Kościoła domowego, w którym przyszło mu żyć.

Najważniejsza decyzja w życiu Pietruszki została podjęta za niego, w interesie rodziny. Można mówić, że i w jego interesie, bo pewnie dzięki temu dłużej pożył, ale nie mam złudzeń, że będąc zdrowym bydlęciem, nigdy nie zrzekł by się prawa do sprowadzania na świat ślicznych kotków. Miał wszelkie predyspozycje, by skutecznie wypełniać Boże przykazanie mnożenia się, jak wioska długa i szeroka, i obfitująca w eleganckie kocice. Skazaliśmy jednak Pietruszkę na celibat ze skutecznością większą nawet od tej, jaką biskupi osiągają u księży przez uroczyste podpisanie oświadczenia.

Mam nadzieję, że kocur ten zapomniał, albo o tym nie myślał. Możliwe, że tak było, bo nigdy bowiem nie zagryzł weterynarza, ani nas, choć w najlepszych latach był do tego zdolny, napięty, silny, drapieżny, nie tylko kolorem przypominający słynnego królika z Monty Pythona.

Może wybaczył? Zwłaszcza po tym, jak mu lekarz najszerszej specjalizacji zreperował nogę? Pies to był wtedy, czy inne stworzenie, gdy się ranny do domu po nocy przyczołgał? Gdzieś jeszcze jest kosteczka w domu, której doktor nie potrafił umieścić, więc wręczył Mamie na pamiątkę.

Myślę, że w pojednaniu Pietruszki z losem kastrata swoje zrobiła dziesięcina, jaką Babcia odkrajała dla niego od każdego kurczaka, a także puszki i saszetki, jakimi raczyła go Mama. Jak pączek w maśle kąpał się w zadowoleniu karmiących go kobiet.

Prócz uroku i agresji dostał od swoich rodziców jeszcze długie perskie włosy ze skłonnością do kołtunienia. Miały zaś i tę właściwość, że ich właściciel wylatywał w powietrze na sam widok wanny i szamponu.

Nieczęsto miałczał, cichy morderca. Mruczał tylko od małego jak stary ciągnik.

Jego rewir łowiecki ustalił się na długo, zanim do naszej wioski dotarła nauka o dzwonkach na szyję dla kotów, dających szansę ptakom i myszom. Skradał się więc w ciszy od Wieprza i łąk, aż do drogi powiatowej i daleko za nią, hen na pola i bagna. Jedynym minusem było to, że był biały i w księzycową noc widać go było z daleka, no, chyba, że była zima, a on akurat zdecydował się wyjść z ciepłego na zwiady.

Nie będę wyliczał jego ofiar, powiem tylko, że myszy, nornice, szczury, chomiki, szpaki, gołębie i kury mogłyby nie wspominać go tak ciepło, jak ja.

Uwielbiał leżeć na stole i za to Tata nazywał go HACAAP, po jakichś europejskich normach, jakie w sferze higieny winny panować w gościnnych gospodarstwach.

Ogólnie z jego imionami było zabawnie, gdyż dla nas był po pierwsze białym kotem, tak się go najczęściej zwało, zapominając o Pietruszce. Rajska sytuacja, Adam, lub Ewa, gdy stawiali mleko na talerzyku na schodach od strony ogrodu, też wołali kici kici, kotku. Mówiąc filozoficznie, jego istota była jego imieniem i to wystarczało zarówno jemu, jak nam.

Co jest lepsze? Uwodzić kotki, czaić się w trawie na bociana, podglądać bobry w stawie, zrobić cztery dodatkowe dziury w psim nosie, czy może leżeć przed telewizorem i dać się poczochrać po głowie? Z biegiem lat Pietruszka musiał odstawić pewne przyjemności, a zadowolić się innymi. Mama mówi, że się uczłowieczył i nas ostatecznie polubił. Zwłaszcza Babcię, razem żeśmy ją odprowadzali i żegnali, i potem pamiętali o niej w pustym pokoju, z którego Pietruszka wraz z innymi kotami przez pewien czas wcale nie wychodził.

Przeżył ją o prawie rok. Siedemnaście lat to chyba sporo dla swobodnie hasającego kocura.

Sam niemal przyśpieszyłem Pietruszce osiągnięcie miary dziewięciu żyć. Pewnego lipcowego wieczoru, zwyczajem Babci, odkręciłem buteleczkę z neospazminą, wlałem trzy krople w kieliszek i postawiłem w pośrodku odwiedzających mnie kotów. Gdy wyginały się w ekstazie na podłodze, między nimi staruszek Pietruszka, bałem się, że zejdzie. Cóż, wydawał się jednak zadowolony, więc siadłem na łożku, patrzyłem na kocią ekstazę, pijąc piwo i myśląc o wspólnocie ssaczego losu.

To był pogodny wieczór, na kilka tygodni przed.

W ostatni dzień połasił się do Mamy, ładnie pojadł, położył się na słonecznej plamie, w środku miękkiej pościeli i zasnął. Stawiam, że mu się ładna kotka przyśniła i pierwsze wiosenne polowanie na żaby. Gdy po nim płakałem, stwierdziłem, że miał dobre życie, szybką śmierć i pogrzeb bez gadania głupot, i tego pewnie będę mu zazdrościł.

uwagi

  1. Pamiętam Księdza uśmiech, kiedy podczas wizyty duszpasterskiej spod szafki w trakcie modlitywy wyłoniła się nasza świnka morska:). To byla najlepsza wizyta jaką było mi dane przeżyć, o czym świadczy fakt, że nastepnego dnia „poszukiwałam” księdza celem wręczenia ofiary, o której zapomiałam:).

Dodaj komentarz