Fantasy a teologia

Ten rozdział jest murem broniącym wstępu do dalszej części książki.

Wznosi się na setki liter, przecinków i kropek, a bronią go pierzaste krowy, sceptycy, historia nauki, a nawet papież. Lecz to nie są najstraszniejsi ze strażników tego muru! Są, jakby nie było, istotami ciepłokrwistymi, co nie zawsze da się rzec o rozważaniach teologiczno-filozoficznych.

Dlaczego nie zamknąć książki, albo chociaż nie przekręcić tych kilku stron?

Po pierwsze, jeśli jakimś cudem spotkasz kiedyś Tormunda albo innego dzikiego, który zdobył słynny mur przecinający północ Westeros, będziesz mógł powiedzieć mu „phi. Ja przeczytałem drugi rozdział niewydanej książki Niewiadomskiego!” Zobaczysz, nie będzie się nawet próbował ratować opowieścią o swych przygodach z gigantką, ani z niedźwiedziem.

Po drugie, ten rozdział, niczym widok ze szczytu wysokiej na kilkaset metrów ściany lodu, da pewną perspektywę. Lepiej będzie zeń widać przesłanie książki – literatura fantasty nie jest sprawą małą, ani błahą.

II

W 1948 roku, gdy George R. Martin urodził się w Bayonne, po drugiej stronie Atlantyku, w Anglii, na wysokiej stercie maszynopisu wylądowała ostatnia kartka. Szerzej nieznany profesor literatury popełnił książkę z gatunku, w którym, według słownika akcja rozgrywa się w rzeczywistości rządzącej się prawami magii.

Wtedy było to wciąż coś w stylu przebrania się za niedźwiedzia polarnego na balu nieprzebierańców, czy też polowania na sąsiadów w stroju wikinga, co niepokoiło spokojnych ludzi, mieszkających w okolicy Tolkiena. Dziś, chcąc wiedzieć o związku fantasy i teologii, najprościej wpisać w google nazwisko tego katolika o nieśmiertelnie niespokojnej duszy.

Zwykle Tolkien ubierał się normalnie, nawet zbyt normalnie jak na kogoś, dokonał podboju wyobraźni na planetarną skalę. Cóż, pozory tylko mylą, woda cicho rwie, a Bóg wybrał głupstwo przebierające się za ursus polaris i wymyślające języki eflów, by zbawić nas od wielkiego oceanu nudy. Stąd, mniej więcej, Władca Pierścieni, gdzie prócz smoków, elfów i hobbitów, znajdują się ogromne pokłady idei, bogate niby listy episkopatu, kaloryczne jak śląski węgiel.

Nie był to zresztą pierwszy raz, gdy historie o nieistniejącym porywały serca, nie pierwszy też raz zapytano przy okazji, czy to porwanie cokolwiek jest warte.

Jeśli za praprzodka Władcy Pierścieni uznamy mitologię, zobaczymy, że problem z pytania o popularną książkę, rozrośnie się nagle do kwestii życia i śmierci. Bo o ile dziś niemal wszyscy zgadzają się, że Hobbity nie tylko nie szkodzą, ale są nawet piękne i dobre, to drzewiej inaczej bywało. W czasach, gdy ludzie walczyli z mitami jak chłop wieczorem wracający z karczmy walczy z poleskim bagnem, czyli z zapałem do życia i nawet trzeźwości. Wtedy mity miały jeszcze zęby i mogły obronić, a mogły też zdrowo pogryźć. Stąd wyprawy przeciw nim, jedne pod znakiem wiary, drugie zaś – nauki.

Ten rozdział przedstawi opowieść rodzinną, w tym sensie, że religia, nauka oraz mity stanowią trzy sposoby rozumienia świata, odrębne, ale siostrzane, bo ludzkie. Nawet dziś, po latach osobnego życia w kulturze nie są całkiem rozłączne, widać ich wspólne DNA.

Mamy więc wiarę. Teologia, czyli namysł nad nią, rozwija się tysiącleci i promieniuje z dumy, ilekroć ktoś wspomni przy niej Newmana, Pascala czy Akwinatę.

Mamy literaturę fantastyczną, czerpiącą pełnymi garściami z mitów. Nie gardzi przy tym ani pytaniami o Boga, którymi zajmuje się teologia ale też tłumaczy na język emocji najnowsze zdobycze nauki.

No i mamy – Bogu dzięki! – naukę. Robią ją ludzie różni, czasem pobożnych, czasem zaczytani w fantasy, czasem jedno i drugie, a czasem ani, ani, ale bez nich, jakby to rzec? Nie wiedziałbym, siedząc na gałęzi, że brakuje mi glinianej tabliczki, nie mówiąc o tablecie.

Będzie więc tutaj o tych trzech siostrach i ich burzliwej relacji.

III

Gdy ksiądz, który chrzcił Martina zapytał jego ojca chrzestnego: co daje ci wiara? Usłyszał uświęconą tradycją odpowiedź: życie wieczne, mówiącą wiele o ludzkiej nadziei i o największym z naszych problemówo śmierci.

Cały rozwój nauki da się sprowadzić do działań zapobiegawczych, osłaniających życie.

Cała religia, w pewnym sensie, odpowiada na ten problem – osłania życie przed bezsensem.

Fantastyka zaś, może nie cała, ale na pewno ta z wyższej, powiedzmy martinowsko-tolkienowskiej półki, rozsądnie traktuje nas jak dzieci i bawi się tymi pytaniami, by wykrzesać z nas zaciekawienie i zwiększyć szansę, że w ogóle zwrócimy na nie uwagę.

IV

Wypada najpierw powiedzieć, że Kościół Boży i babcia fantastyki, czyli mitologia, stoczyli krwawą wojnę. Chrześcijaństwo starło się z religiami z nad Morza Śródziemnego, nie tylko, by odbić im wyznawców, co każdy rozumie, ale też, aby się odróżnić i wyrobić własną tożsamość. Stąd pierwsi teolodzy, Ojcowie Kościoła, wręcz wojowniczo podkreślali, ze mimo podobieństw, opowieść o Chrystusie to o wiele więcej, niż mity.

W tym wieku walkę tę podjął oczytany papież – profesor, w Polsce skazany na rolę nastepcy wielkiego Poprzednika – Ratzinger, czyli Benedykt XVI.

Oczywiście, był trochę mniej wojowniczy, ale nie mniej przekonany. Papież ten zabrał się za temat mitów w encyklice o nadziei, co zrozumie się łatwo znając ABC strategii – tam konflikt był najostrzejszy, a przewaga chrześcijaństwa zdawała się druzgocząca.

Benedykt najpierw prowadzi nas na rzymski cmentarz. Pokazuje grób, na którym wyryto: Jakże szybko z niczego pogrążamy się w nicość. Nie wiemy nic o autorach tych słów, poza tym, że bardzo musieli płakać po synku. Ból za tymi słowami nie zestarzał się, przeciwnie, codziennie się odnawia dla kogoś innego, dla kolejnej rodziny. Gdy papież pisał encyklikę, w miastach i wioskach planety Ziemi słychać dzwony. Pogrzeb za pogrzebem. Niewydolność serca, fale tsunami, śliska nawierzchnia, guz w czaszce, albo, co najgorsze, zmęczenie nieustannym smutkiem sprawiają, że do kościołów wnoszone są trumny większych i mniejszych rozmiarów.

To ocean bólu. Benedykt rozsądnie zaczyna od słuchania, bo co można powiedzieć człowiekowi, któremu synek umarł? A jednak taki ktoś czasem bardzo chce posłuchać, dowiedzieć się, jaki sens mogło mieć to życie. A mity, uważa papież, w tym momencie zawodziły. Były religią, która nie była w stanie dać nadziei.

To problem prababki fantastyki – mitologii. Dawała ona wszystko, z wyjątkiem nadziei. Była barwna, lecz niewiarygodna. Była, być może, jak dziś jej wnuczka, przede wszystkim rozrywką, raczej narkotykiem, niż lekarstwem.

To oskarżenie musimy tu rozważyć, by odczuć zasadnicze napięcie. Chrześcijaństwo, uważa Ratzinger, to nie zabawa, to sprawa życia i śmierci, i nadziei. Starożytni, jak wszyscy ludzie, grzebali swoich ukochanych, mieli też oczywiście swoich bogów, pisze papież, mieli religię, ale ich bogowie okazali się wątpliwi, a z ich pełnych sprzeczności mitów nie płynęła żadna nadzieja. Pomimo, że mieli bogów, „nie mieli Boga”, stwierdza Benedykt i sugeruje, że o ile poganie kochali swoje mity, to raczej im nie wierzyli. Mity oswajały śmierć, lecz nie pozbawiały jej grozy.

Chrześcijaństwo miało zaś w sobie coś więcej. Oferowało przyjaźniejsze rozumowi przesłanki wiary, a da się je streścić imieniem – Jezus Chrystus.

V

Benedykt XVI zauważa, że gdy wiara w zmartwychwstanie spotkała mitologię, ta była już mocno osłabiona przez inny czynnik. O ile mity są na Ziemi powszechne, o tyle w Imperium Rzymskim, zwłaszcza w greckiej jego części, rozwijała się powoli ta trzecia siła, która daje nam moc zagotowania wody bez ognia i spędzenia nocy z ósmym sezonem.

VI

Według legendy Herakles zstąpił do Hadesu z przylądka Tajmaron (obecnie Matapan), pisze Carlo Rovelii i sugeruje, że nauka rozpoczęła się, gdy komuś przyszło do głowy to sprawdzić: Hekatajos wybrał się na ten przylądek i nie odnalazł tam żadnego podziemnego tunelu ani innego wejścia do Hadesu. Na tej podstawie stwierdził, że legenda musi być fałszywa. Był to świt nowej ery.

Nie była to pierwsza próba zrozumienia świata, zauważa Rovelli. Wcześniejsze to były właśnie mitologie i niestety, kulały, od glinianych tabliczek po starożytne teksty chińskie, od hieroglificznych napisów w piramidach po mitologię Siuksów, od najstarszych dzieł hinduskich po Biblię, od historii afrykańskich po legendy australijskich Aborygenów –  wszystko to stanowiło barwną, ale zasadniczo dość monotonną narrację o Pierzastych Wężach i Wielkich Krowach, gniewnych, kłótliwych lub przyjaznych bóstwach, które stwarzały świat swym oddechem, słowami Fiat lux lub wyłonieniem się z kamiennego jaja. Ludzie wyjaśniali sobie świat, choć tak naprawdę nie rozumieli, jak działa.

Tworzyli rzeczy dające nieco otuchy, trochę rozrywki, ale tylko pozory rozumienia. Byli jak ktoś, kto czyta literaturę fantastyczną i według niej układa sobie życie.

Rovelli zestawia kosmiczne jajo i biblijne fiat lux – pokrewieństwo chrześcijaństwa i mitologii jest dla niego oczywiste, inaczej, niż dla chrześcijan, którzy, jak Benedykt, zawsze podkreślą różnicę. Dla sceptyka Rovelliego to po prostu różne odmiany tej samej plagi. Wymyślone historie, niefortunnie wzięte na poważnie.

Sceptykom, którzy poprzedzili Rovelliego, zawdzięczamy obalanie rozmaitych mitów i przesądów w epoce Oświecenia. Oni rownież chętnie wrzucali wszystkie wiary do wora z napisem „kłamstwo”. Lądowało tam wszystko, od religii Eskimosów po katolicyzm i wielu uważało, że takie rzeczy powinny interesować jedynie religioznawców. Dla nich prababka literatury fantastycznej, mitologia, należała do tej samej rodziny, co Biblia.

Mit, czyli barwna, lecz nieprawdziwa opowieść byłaby więc tak nierozerwalnie związana z narodzinami Kościoła, jak wół, osioł i sianko z narodzinami Dzieciątka.

VII

Sceptycznie nastawiony fizyk kwantowy, obalający mity i religie wydaje się pełen mocy, prawie jak Pan Jezus wyganiający przekupniów ze Świątyni. W rzeczywistości jednak jest inaczej, czy wręcz odwrotnie. Jak zauważył Chesterton, tak religia, jak mitologia, mają po swej stronie potęgę opowieści. Dużo łatwiej opowiedzieć ciekawą historię o pierzastej krowie, niż o mechanice współczesnej fizyki.

Ma to dziś skalę problemu społecznego. By nie sięgać po popularne tematy, w rodzaju ocieplenia klimatu, weźmy medycynę. Jaką opowieść ma pani doktor w swoim nowoczesnym gabinecie, przepisująca pacjentom leki zrodzone z zaawansowanej biochemii, tysięcy prób laboratoryjnych oraz trudnych do zdobycia patentów i certyfikatów? by obalić wiarę w moc takiej tabletki nie trzeba nawet plotki, zaręczam, wystarczy pół i to z trzeciej ręki, oraz troszkę głupoty. Jak to? Wydać pieniądze i regularnie brać? Przecież sąsiadka ma stryjka, który też brał takie same białe duże pigułki i on umarł! Niosłem za nim wieniec na pogrzebie…

Za to, gdy do miasteczka zjedzie znachor, liczni chorzy odzyskują nadzieję. Przed domem, gdzie zatrzymała się apostoł tradycyjnej medycyny nie ma gdzie postawić samochodu. Ludzie ściągają rodzinami i słuchają niezwykłych nauk jak żaba grzmotu, a na „leki” patrzą jak na monstrancję. Nikt nie jest oczywiście na tyle niepoważny, by targować się o kulki z pajęczyny i tybetańskich mchów, każdy wyłoży dokładnie tyle banknotów, ile akurat podpowiedziały duchy z dalekiego kraju. Nawet prosty fakt, że w Tybecie góry są wysokie, a ludowy farmaceuta wygląda, jakby nigdy ich nie opuszczał, dodaje owym kulkom prestiżu. Nie ma górnego progu wykształcenia ani bogactwa, który chroniłby przed taką kulką z pajęczyny i mchu, wolną od szkodliwej chemii, a zwłaszcza, niezrozumiale mówiącej pychy naukowców.

Analogiczny problem występuje zresztą w duszpasterstwie. Popytajcie dobrych chrześcijan, czy znają list do Tytusa, a jeśli nie uśmiechną się na wieść o tym natchnionym dziele szkoły pawłowej, to jest spora szansa, że rozpogodzi ich pytanie o Rażoną przez piorun. Tak, znamy! Nic nie schodzi z półek księgarni religijnych, jak prywatne objawienia, zwłaszcza te, które koncentrują się na co ciekawszych grzechach przeciwko wybranym przykazaniom z drugiej tablicy dekalogu. Katechizm zaś spoczywa na półce w świetym spokoju.

Dlatego krytyka sceptycyzmu i uogólnień, w rodzaju tych z pasjonującej skądinąd książki Rovellego, musi być przeprowadzona delikatnie. Rozum co prawda czasem przysypia, ale nie śpią jego wrogowie i nie warto zapisywać się w ich szeregi.

VIII

Łatwo sobie wyobrazić taką scenę: teolog wystukuje kolejne polemiczne wersety na swojej magicznej maszynie do pisania z kolorowym ekranem. Potem robi przerwę, by zaparzyć swą ulubioną herbatę, a przy okazji wziąć tabletki na alergię. Potem minimalizuje edytor tekstu i ogląda pięćdziesiąt dziewięć filmów o kotach, które ludzie nabierają na sztuczkę z kocem, zajadając przy tym solone orzeszki. Po tej dłuższej medytacji, pokrzepiony dobrodziejstwami nowoczesnego świata, może wrócić do sprawy zasadniczej i wystukać, z obowiązkowymi wykrzyknikami: materializm, redukcjonizm, konsumpcjonizm i powolne pełzanie Zachodu ku zagładzie! Potem tylko ósmy sezon i sny o lataniu smokiem.

Postaram się uniknąć tej pułapki, albo nawet jej cienia. To dziecko ludzkiego umysłu, którym jest nauka, jest niezwykle utalentowane. Starczy, że dziś wylewają je z kąpielą wyznawcy płaskiej Ziemi czy przeciwnicy szczepionek, teologię powinno być stać na coś lepszego.

Według mnie, prawdziwej nauce każdego rodzaju, i sumiennym naukowcom, czy to wierzącym, czy nie, należy się od każdego myślącego człowieka wdzięczność. Cytując chór parafian po udanym kazaniu: Panie Boże Wielki Zapłać za Świętą Naukę!

Jednocześnie jednak, przy całym uznaniu dla zasadności badań, jakie podjął Hekatajos i wszyscy, którzy po nim ośmielili się być mądrymi i wątpić w rozmaite „wszyscy wiedzą, że tak jest!”, trzeba wrócić do wężów, kosmicznych jajek i krów i im także oddać należną chwałę. Tak, im także coś się należy z naszej wdzięczności, zwłaszcza dziś, gdy nie strzegą już tak groźnie ciemnoty.

Przy okazji można też dołożyć cegiełkę do obrony chrześcijańskiej wiary. By to zrobić, trzeba paradoksalnie pójść w kierunku, który sugerował Ravelli i o którym pisał Benedykt – przyjrzeć się temu, co chrześcijaństwo łączy, a co dzieli z mitami.

IX

Świadome docenienie nauki i mitologii przez teologów nastąpiło stosunkowo niedawno i, co ciekawe, nastąpiło jednocześnie.

Po pierwsze przypomnieli sobie, że mit to klucz do kultury.

Wielu filozofów, antropologów i psychologów poszło najpierw tym tropem. Zauważyło, że mit może nie mieć odzwierciedlenia w rzeczywistości, a mimo to być prawdziwy. Po czasach oświeceniowego tępienia przesądów, zaczęto dostrzegać prawdę, jaka jest w micie. Na nowo odkryto, że wartość opowieści o Heraklesie schodzącym do Hadesu nie kryje się w jej literalnej prawdziwości, raczej w przypomnieniu o śmierci, albo o tym, że życie czasem przypomina piekło.

Ktokolwiek chciałby się przekonać, czy taka prawdziwość mitów kogokolwiek interesuje, powinien spojrzeć na ośmiocyfrowe liczniki wyświetleń pod wykładami Jordana Petersona.

Mit więc nie umarł, ale się przeobraził, dał się poznać ze swojej lepszej, głębszej strony. W XX wieku powrócił już pełną z siłą. Badacze wymieniają Freuda, Nietschego, Junga, Fromma. W definicji słownika języka polskiego widać tę zmianę nastawienia: mit to opowieść o bogach, demonach, legendarnych bohaterach i nadnaturalnych wydarzeniach, będąca próbą wyjaśnienia odwiecznych zagadnień bytu, świata, życia i śmierci, dobra i zła oraz przeznaczenia człowieka, a dopiero dwie kolejne definicje mówią micie jako o ubarwieniu i fałszywym mniemaniu.

Bez zrozumienia mitu jako gatunku literackiego nie sposób dziś czytać Biblii. Już Ojcowie Kościoła dostrzegali wiele podobieństw pomiędzy miologiami a Biblią. Czasem trochę naiwnie, choć na pewno żarliwie, pokazywali je jako czarcią łapę, diabelski odcisk palca. To zły karykaturuje Pana Boga, inteligentnie, a przewrotnie. Diabeł, chcąc zatruć studnię ludzkiej wyobraźni, stworzył masę fałszywych opowieści o bogach i bohaterach, tak, aby niewprawnemu oku Ewangelia o Chrystusie zdawała się tylko jedną z nich.

Dziś wiele biblijnych opowieści jest wprost analizowanych jako mity; teolodzy uśmiechną się tylko, gdy zapytać ich o to, jak możliwe jest pomieszczenie zwierząt na Arce. Jednocześnie wskażą znaczenie opowieści, jej korzenie, podobieństwa i różnice w porównaniu do innych podobnych podań, oraz, co ważne, zbawczą prawdę ukrytą w historii Noego, czyli to w niej, co pozwala lepiej pojąć Boga i ludzki los.

X

Zarówno mity, jak i nauka mogą otrzymać niekłócącą się z teologią interpretację. Nic dziwnego, ponieważ religia, która obejmuje z natury całe życie człowieka, po prostu musi znaleźć dla nich miejsce.

Także w przeszłości sprawy nie były czarno-białe. Kościół generalnie wspierał naukę, choć czasem prześladował naukowców, usuwał mitologię, ale też przyswajał sobie i przechowywał jej treść.

W zapale homiletycznym Ojcowie Kościoła wyśmiewali głupotę greckich mitów, a potem, ich następcy, teolodzy średniowiecza, piętnowali celtyckie czy germańskie przesądy. W praktyce duszpasterze robili swoje, z pewnym zrozumieniem dla tego, że stare zwyczaje i siły natury mają w praktyce równie duże znaczenie, jak interpretacja Biblii. Stąd wiele świąt i uroczystości chrześcijańskich wypadło w kluczowych momentach pogańskiego kalendarza, a ludowa pobożność przechowała zwyczaje z pozoru niewinne, jak wielkanocne jajka, w rzeczywistości niosące w sobie ślady mitycznej wizji świata.

Podobnie katolicy nie stawiali nigdy poznania świata fizycznego na pierwszym miejscu, nie było to celem Kościoła, ale ostatecznie w każdej dziedzinie nauki spotykamy jakiegoś księdza, od Kopernika po Mendla, nie licząc rzeszy katolików świeckich. Na przykład, sądząc po samej ilości i tematyce wydanych książek, nikogo dziś w polsce nauka nie pasjonuje tak, jak księdza Hellera.

Świat, z którym ma do czynienia teologia bardzo się przez to uznanie mitu z jednej, a nauki z drugiej, rozszerzył. Mowa tu jednak wciąż o świecie badaczy i opracowań naukowych, a przecież rzeczy te dotykają dosłownie wszystkich, bo kto dziś nie wie, co to Gra o Tron?

XI

Człowiekiem, który zrobił najwięcej, by przywrócić mit współczesnej wyobraźni szerokich mas ludowych, jest wspomniany na początku Tolkien.

Jego dzieło jest nasączone ideami religijnymi, tak pogańskimi, jak chrześcijańskimi, a przy tym ma wpływ na kulturę, także kulturę masową. Są po trochu Władca Pierścieni czy Hobbit końmi trojańskimi wiary. Miliony widzów filmu inspirowanego książką, a nawet czytelników może nie przeczuwać, jak głęboko religijne przesłanie przyjęło.

Na pytanie dziennikarza, dlaczego napisał Władcę Pierścieni, Tolkien wskazał na przyjemność płynącą z tworzenia. Nie był więc propagandzistą, pisał dla siebie. Nie chciał przekonywać. To pewnie dlatego powieści z mnóstwem zagadnień moralnych i wielką ilością ukrytych idei teologicznych udaje się być niezwykle strawną i to dla tej generacji, która mniej gorliwie niż poprzednie uczęszcza na msze.

XII

Tolkien nie był pierwszy na tym obszarze, ani jako wymyślacz światów, ani jako twórca fikcyjnej teologii; On jednak zrobił to epicką skalę. Uważał, że pisząc swój świat, podejmuje się Bożego dzieła, naśladując Stwórcę naszego świata. Jego książki to w gruncie rzeczy opowieści o tworzeniu: śpiewa Bóg, Eru Iluvatar, i staje się świat; śpiewają do jego muzyki, i rozwijają ją jego stworzenia. Sam Tolkien rozwijał pradawne nordyckie mity, wplatał w nie swoją wiarę i przeżycia.

Według Tolkiena, mit, baśń czy powieść fantasy rodzi się, by nieść uzdrowienie, ucieczkę, by pocieszać. Uzdrawiają, bo dają nowe spojrzenie na świat, jasne pieśni Elfów są jak obrzęd Effata z dawnego chrztu, otwierają na to, po czym na co dzień jedynie się ślizgamy. Kojącą głębię. Pozwalają zbiec na moment z brzydoty i rozmaitych więzień, w jakich funkcjonuje człowiek. W końcu zaś pocieszają, bo pozwalają przeżyć swój koniec, dotrwać do końca opowieści, by poznać, że życie to w gruncie rzeczy „dobra katastrofa”. Dlatego milionami zaczytanych kupujemy tę pociechę – bo nie jest ona za słodka i ma w sobie szczerą gorycz.

Władca Pierścieni kończy się zwycięstwem dobra, ale i rozstaniem przyjaciół i pożegnaniem z ukochaną ziemią. Jak każda wielka baśń, dzieło Tolkiena oswaja dla nas śmierć.

Sądzę, daje świadectwo George R. R. Martin, znany fan Tolkiena, że czytamy fantasy po to, by na nowo odkrywać barwy. Poczuć smak ostrych przypraw i usłyszeć pieśń, którą śpiewały syreny. Ma ona w sobie jakąś starą prawdę, która przemawia do czegoś głęboko ukrytego w naszej jaźni, do dziecka marzącego o tym, że pewnego dnia będzie polowało w lasach nocy, ucztowało pod wzgórzem i odnajdzie wieczną miłość gdzieś na południe od Oz i na północ od Shangri-La.

Właśnie w tym sensie gatunek, który dziś zwiemy fantasy, jest stary jak świat.

XIII

Żeby jednak wyjaśnić, w jaki sposób teologia przełknęła jego twórczość, tak, że dziś pisze się doktoraty na jej temat i jak to jest, że nikogo nie dziwi, że wymyślona religia elfów może lepiej ukazać chwałę Chrystusa, trzeba jeszcze powiedzieć o zmianach, jakie zdarzyły się w Kościele w XX wieku.

XIV

Gdy George R. Martin urodził się w Bayonne, w Rzymie ukazało się ostatnie wydanie indeksu ksiąg zakazanych. Gdy szedł do bierzmowania, papież Jan XXIII zwołał sobór, a Rzym zaroił się od biskupów, prałatów, teologów i dziennikarzy. Większość z nich była złakniona zmian.

W latach, gdy się wydarzył, Sobór był dla katolików na świecie czymś na podobieństwo deszczu po suszy. Jeśli nasze zwyczaje choć trochę przypominają totalitarne potwory, w rodzaju nazizmu, to pokażmy światu, że to złudzenie, postarajmy się o prawdziwą, jasną i otwartą twarz, oblicze Bożej dobroci dla świata. Nie będzie odtąd ludzkiej rzeczy, a zwłaszcza ludzkiego cierpienia, nad którą katolicy przejdą obojętnie. Nastała wiosna Kościoła, czas otwarcia drzwi i okien.

Wietrzenie mieszkań to dobry zwyczaj i całkiem udana metafora, problem w tym, że entuzjazm nie sprowadza wiosny. Niektóre zmiany, jak na przykład reforma liturgii, z natury rzeczy najbardziej namacalna, nie były wcale jednoznaczne. Paweł VI, wrażliwy humanista, tłumaczył się nawet przed wiernymi, że ta ofiara jest potrzebna, dla dobra głoszenia Ewangelii, dla dobra zbawienia dusz, co jest najwyższym prawem dla nas, katolików.

Katolicy zaś z tamtego pokolenia pojęli tę ofiarę w tradycyjny sposób – ofiara musi być całopalna.

Dość rzec, że pisarze brytyjscy wystosowali list do papieża, by zostawił na wyspach choć jedno miejsce, żeby stara msza przetrwała, bo jej wartość kulturowa nie da się zmierzyć, niemal jak wartość duchowa ofiary Chrystusa. Ponoć Pawła VI przekonał podpis ulubionej przez niego autorki kryminałów, Agaty Christie.

Nic dziwnego, że to pisarze tak gwałtownie zareagowali. Starożytny rzymski obrzęd przez wieki wyrósł jak katedra, bogata swoją symboliką, doskonała łacińskimi słowami, ciekawa i tajemnicza, nie w znaczeniu banalnym, ale ścisłym, związanym z Tajemnicą pisaną przez wielkie T, nieprzypadkowo podobne do krzyża.

XV

Nie tylko wokół liturgii trwały spory. Kościół przeżył załamanie się praktyk religijnych w krajach Zachodu. Jednocześnie miał miejsce skandal na miarę wojen religijnych i pogromów – plaga molestowania dzieci i tych ludzi, których Ewangelia określa mianem maluczkich, co niejednokrotnie oznaczało tylko tyle, że ktoś był słabszy, albo pozostawał w zależności służbowej.

Ohyda, zbrodnia i jeszcze raz ohyda

XVI

W latach sześćdziesiątych, nie bez ryzyka i zachwiań, katolicy w sferze samoświadomości zrobili krok w kierunku kultury Zachodu, która już od jakiegoś czasu oddalała się od Kościoła. Problemem lat sześćdziesiątych, pisał Ratiznger, było przyswojenie sobie najlepiej wyrażonych wartości dwóch wieków „liberalnej” kultury. Są to faktycznie wartości, które, jeżeli nawet narodziły się poza Kościołem, mogą znaleźć swoje miejsce – oczyszczone i skorygowane – w swej wizji świata.

Te wartości kultury liberalnej, czyli zachodniej Europy i Ameryki, to na przykład tolerancja religijna. Kościół godzi się na nią. Docenia pokój i szansę rozmowy, jaką ona daje. Oczyszczenie zaś oznacza, że tolerancja nie będzie obojętnością na prawdę. Kościół dalej stoi na stanowisku, że Ewangelia jest prawdziwa i chociaż trudno powiedzieć, by katolicy posiadali prawdę, bo nie może być ona niczyją własnością, to wiedzą, jak tej prawdzie na imię.

XVII

Tak, jak literatura światowa wygląda inaczej po Tolkienie, Martinie czy Sapkowskim, tak teologia wygląda inaczej po soborze i teologach tamtych czasów.

Zmiany opisane wyżej, które niekiedy nazywa się rewolucją, były reakcją na to, że teologia była uprawiana przede wszystkim w oparciu o teologię. W średniowieczu św. Tomasz i jego koledzy zaczęli tworzyć tak potężną teologię, w oparciu o Biblię, Ojców Kościoła i starożytnych filozofów, że ich następcy byli nią zahipnotyzowani. Powstała teologia szkolna, a potem neoscholastyka.

W świecie Pieśni Lodu i Ognia podobnie ma się rzecz z zakonem Maesterów, którzy tworzą naukę, ale raczej w oparciu o badania poprzedników, niż własne. Są odtwórcami raczej, niż odkrywcami, przez co średniowiecze w Westeros trwa całe tysiąclecia i nigdzie na horyzoncie ani prochu, ani pary.

Panowanie neoscholastyki w naszym świecie miało ten skutek, że dobrze wyedukowany teolog, Roncallli opisuje, jak niedługo przed konklawe, które wybrało go na papieża odkrył w Biblii list św. Jakuba i był nim zachwycony – jakie to przydatne do nauczania! Lektura jego dziennika pokazuje zresztą, jak w ciągu lat stopniowo Pismo wypierało literaturę dewocyjną.

Neoscholastyka miała dobre strony, była poukładana i ścisła. Kardynał Dulles sugeruje nawet, że wielcy teolodzy – reformatorzy w dwudziestym wieku byli tak wpływowi i tworzyli tak wspaniale, bo otwarcie na Biblię i Tradycję łączyło się u nich z ładem, jaki zapewniało wykształcenie na starych, łacińskich podręcznikach neoscholastyków. Nikt jednak nie zaprzeczy, że wielkiej części teologii dziewiętnastego wieku (i pierwszej połowy dwudziestego) brakowało tego, co stanowi życie i urok Pisma Świętego – opowieści pełnych żywych postaci.

XVIII

Z neoscholastyką do niedawna spotykało się każde dziecko, które zdawało egzamin przed Pierwszą Komunią. Sto kilkadziesiąt pytań katechizmowych wraz z odpowiedziami do zmemoryzowania. Z tego, co sam Pan Jezus ludziom opowiadał, jedynie osiem błogosławieństw i przykazanie miłości, bez chociaż jednej przypowieści.

Gdybym jako dziecko wiedział, że uczynki miłosierne wobec ciała są żywcem wzięte z opisu sądu ostatecznego, byłbym łatwiej się ich nauczył.

Pan Jezus, który zasiada na swoim tronie by sądzić żywych i umarłych i rozmawia z całą ludzkością, tak, jak sam to opisał w dwudziestym piątym rozdziale Mateusza to porywająca historia, z silnym odniesieniem do tu i teraz – cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili.

Gdy uczęszczałem na katechezę w kolejnych latach, Biblii było coraz więcej, coraz mniej neoscholastycznych definicji. Pomagałem w tym ubiblijnieniu w niegrzeczny sposób. Siadałem w ostatniej ławce, żeby ksiądz nie widział, i czytałem Apokalipsę. Intrygowało mnie na przykład, że elektrownia atomowa, która zepsuła się u Sowietów, gdy miałem roczek, nazywała się tak, jak gwiazda, która według Apokalipsy ma spaść na ziemię i wody i skazić trzecią ich część.

Na moje pytania o Czernobyl i ewentualną przepowiednię ksiądz odpowiadał trzeźwo – wersety Apokalipsy nie są tak ścisłe jak katechizmowe pytania w stylu Co to jest anioł? To natchniona poezja, która może dać nieskończenie wiele odpowiedzi.

Nie miej za złe źródłu, że nie możesz go wypić, jak nauczał Efrem Syryjski. Takie wyjaśnienie ma więcej elegancji niż rozmaite kody Biblii.

XIX

Kościół się zmienił, ale Zachód także i to nie na bardziej chrześcijański.

Gdy krótko po pierwszym wydaniu w 1954 roku Władca Pierścieni przekroczył Atlantyk w nieautoryzowanej kopii, trafiło do rąk milionów młodych ludzi, którzy pragnęli świata, który oferowałby więcej niż tylko szczebel na drabinie społeczeństwa, świata innego, niż ten należący do ich rodziców i dziadków.

Nastoletni Martin rozumiał na pewno, że Śródziemie jest mniej rzeczywiste od Bayonne, a przecież przeżył w wymyślonej przez Tolkiena krainie rzeczy, których nie mógł w swoim portowym mieście nad Atlantykiem.

Władca Pierścieni powstawał w czasie drugiej wojny światowej i obecne w nim są wątki apokaliptycznego zmagania dobra ze złem, a także pochwała tradycyjnej kultury, zagrożonej przez płytkość kultury masowej. Tolkien był gorliwym katolikiem, zdystansowanym wobec nowoczesności.

To, co nieprawdziwe u Tolkiena, czy lepiej rzec: zmyślone, służyło za oprawę dla prawdy. Wśród elfów, starożytnych królestw i wymyślonych przez siebie języków Anglik ukrył „światło niewidzialnej lampy”, chrześcijańską nadzieję.

Pewnie sam ten autor mógłby nieco skrzywić się na myśli, jakie świtały w głowie hippisa czytającego o królewskim zielu, którego zapachu jest wspomnienie błyszczących od rosy wiosennych poranków pod bezchmurnym niebem. Podobnie gorsząca mogłaby mu się wydać konstatacja Martina mogą sobie zatrzymać swoje niebo, ja, kiedy umrę, chcę pójść do Śródziemia.

XX

Karol Marks mógł sugerować, że religia jest sercem bezdusznego świata, ale pokolenie Martina w dużej części chciało innego serca, innego pocieszenia. Nawet, jeśli było ono od początku do końca grą i nie dawało rzeczywistej nadziei. Z drugiej strony, fakt, że dziś na nowo mity i baśnie wchodzą do kultury jako fantasy jest powrotem do normalnego dla ludzi stanu. Mają one po prostu swoje miejsce obok nauki i religii.

Zabierz światu nieistniejącą krainę, a ogołocisz miliony ludzkich dusz.

Jest takie zdanie u Amosa, że Pan ześle na ziemię głód słowa i zdaje się, że pierwszy raz uczynił to, stwarzając człowieka.

Dziś antropolodzy jak Dunbar argumentują, że sam wynalazek ognia byłby marginalny, gdyby nie opowieści, które przy nim snuto, spajając w jedno ludzi osobnych jak gwiazdy. Powody, dla których ludzie tańczyli i świętowali mogły nie być z tego świata, ale pomogły im świat podbić.

Pomagały im żyć, nadając rzeczywistości kształty.

XXI

Oczywiście, literatura fantasy nie jest tym samym, co mity. Ludzie, którzy je stworzyli, mieli do nich inny stosunek, niż nawet najbardziej zagorzały fan do ulubionego dzieła Martina czy Tolkiena.

W mitach nie ma najczęściej tego, co jest solą dobrej fantastyki – bogatego i spójnego świata. Literatura fantasy jest po prostu dziełem ludzi, którzy bardzo dobrze poznali swoją planetę, którzy muszą wymyślać nowe światy, by mieć mapę pełną białych plam. Jeszcze w dziewiętnastym wieku dreszczy, które rodzi teraz słuchanie o Śródziemiu dostarczały ludziom sprawozdania z wypraw badawczych w głąb Afryki.

Fantastyka jest też w mniejszym stopniu dzieckiem wspólnoty – to talent, wizja, wyobraźnia jednego człowieka, bardziej nawet, niż talent literacki, decyduje o jej sukcesie.

Światy fantastyczne są ciekawe, bo są osobiste.

Czemu więc zajmować się w teologii fantastyką w ogóle, a dziełem Martina w szczególności?

Nie dlatego, że jest „drugim Tolkienem”, jak mówią niektórzy gorliwcy (swoją drogą, to hasło długo trzymało mnie na dystans do Gry o Tron), albo, że jest najlepszym literatem swego pokolenia, albo, że ma do powiedzenia coś, co może tchnąc nowe życie w teologię.

Nie, raczej nie przybędzie nam dogmatów i nie ma co marzyć o wstawieniu liczby siedem w miejsce, które dogmatyka tradycyjnie zachowuje dla Trójki.

Po prostu tak, jak każda dobra fantasy, mówi Gra o Tron o kształcie ludzkiego serca, a także jego religijności, a mówi to taki w sposób, że miliony zatrzymują się w zasłuchaniu.

I nam warto posłuchać, a nawet pogrzebać tam za chrześcijańską nadzieją.

uwagi

  1. Matku i córku, jak to się zacnie czyta! Chętnie zobaczyłbym więcej o styku tych trzech światów mitologii, religii i nauki szczególnie jako fan wspomnianego w tekście Petersona 😉

  2. Miała być swego czasu cała książka o Grze o Tron w tym stylu. Może jeszcze jakieś fragmenty opublikuję.

Dodaj komentarz