Orwell zaczął esej o Ghandim od słusznej uwagi, że święci powinni być uznani za winnych, o ile nie udowodni się, że są niewinni. Orwell niczyim świętym nie jest, mimo tylu chętnych. Rok 1984 nie jest kazaniem. Dzieło dzieli los autora – uznany za symbol, okazuje się żywe. Pełne zachwytu i gniewu.

Przyjemnością powszechniejszą nie tylko od śmiechu, ale nawet od jedzenia, by nie mówić o przyjemnościach, o których nie będę wspominał, jest oglądanie mistrzostwa. Niekoniecznie mistrzostw w znaczeniu zawodów sportowych, lecz mistrzostwa w znaczeniu podziwiania człowieka, który potrafi czynić swą rzecz bezbłędnie, z wprawą i ze stylem.