Niebo przeglądało się w aucie, stroiło miny jak czterolatek. Posyłało uśmiechy i zaraz markotniało, chmury ganiały za słońcem po granatowej masce. Przedwiośnie. Obudziłem sto dziesięć niemieckich koni, zastanawiając się, co wręczę Mamie na imieniny. Kwiaty nie, słodycze nie. Gdy wyjechałem na Zieloną, byłem pewien, że książka.

Po kilku stronach opowiadań Niemczyka wiedziałem, że doczytam je do ostatniej kropki, ale jednocześnie poczułem, że coś zakłuca przyjemność lektury. Zaczął mi się krystalizować w duszy zarzut – długo oglądałem go w świetle kawiarnianej lampki,  a nawet patrzyłem na niego przez pryzmat jaśniejącego bursztynem grzańca. Stwierdzam, po oględzinach, że kamyk nie jest zbyt wielki, ale minerał, który składa się na jego większą połowę, jest diabelsko twardy. To moralizowanie.

Przyjemnością powszechniejszą nie tylko od śmiechu, ale nawet od jedzenia, by nie mówić o przyjemnościach, o których nie będę wspominał, jest oglądanie mistrzostwa. Niekoniecznie mistrzostw w znaczeniu zawodów sportowych, lecz mistrzostwa w znaczeniu podziwiania człowieka, który potrafi czynić swą rzecz bezbłędnie, z wprawą i ze stylem.