Po kilku stronach opowiadań Niemczyka wiedziałem, że doczytam je do ostatniej kropki, ale jednocześnie poczułem, że coś zakłuca przyjemność lektury. Zaczął mi się krystalizować w duszy zarzut – długo oglądałem go w świetle kawiarnianej lampki,  a nawet patrzyłem na niego przez pryzmat jaśniejącego bursztynem grzańca. Stwierdzam, po oględzinach, że kamyk nie jest zbyt wielki, ale minerał, który składa się na jego większą połowę, jest diabelsko twardy. To moralizowanie.

Przyjemnością powszechniejszą nie tylko od śmiechu, ale nawet od jedzenia, by nie mówić o przyjemnościach, o których nie będę wspominał, jest oglądanie mistrzostwa. Niekoniecznie mistrzostw w znaczeniu zawodów sportowych, lecz mistrzostwa w znaczeniu podziwiania człowieka, który potrafi czynić swą rzecz bezbłędnie, z wprawą i ze stylem.

Wiadomo, że pszczelarze powinni omawiać książki o pszczelarstwie, po recenzję Wielkiej Encyklopedii Zanęty pójdziemy do wędkarzy, a chcąc wiedzieć, co myśleć o Kodeksie Etyki Dziennikarskiej, nachylimy ucha w kierunku redaktorów Niedzieli i Gościa Niedzielnego. W przypadku tej ksiązki jednak próżno czekać na recenzję kogokolwiek kompetentnego, bo który wielki człowiek, chciałby w ogóle czytać książkę o rytuałach innych wielkich ludzi?

Kto zrobi dziś film na sześć bajek, z których każda rozpoczyna się od otwarcia świecącej książki o Dzikim Zachodzie? Film ze sztuczną sową, co wygląda prawie jak prawdziwa? Z kilkunastoma minutami recytacji wielkiej poematów? Z Kowbojem lecącym na sztucznych skrzydłach do nieba? A warto dodać, że on jak tam leci, to gra na harfie i śpiewa.