Dwa przepisy na gulasz z Godzilli

Najlepszym filmem o potworze jest „Shin Godzilla”. Dostała siedem nagród Japońskiej Akademii Filmowej, w tym za najlepszy film 2016 roku. „Shin” w tytule oznacza coś boskiego, wręcz boga, w Japonii bogowie mieszkają w drzewach, w górach, w chmurach burzowych, ale też w wulkanach i innych niszczycielskich siłach. Godzilla jest tego ikoną. Symbolem macochy natury, co bije swe dzieci, oraz symbolem tego, co te dzieci nabroiły same. 

„Shin Godzilla” ukazała się w Japonii po niszczycielskim tsunami, co naruszyło elektrownię nuklearną w Fukuszimie. Można „Shin Godzillę” czytać jako krytykę humanizmu. Człowiek nie jest w centrum świata. Jeśli masz odpowiednio dużą stopę, rozdeptać człowieka jest łatwiej, niż karalucha. To pasuje do podziału – humanistyczny Zachód, animistyczna Japonia. Indywidualistyczny Zachód, gdzie człowiek Leonarda pręży się dumnie na tle kółka i kwadratu i kolektywistyczna Japonia, gdzie skośnooka mrówka woli malować sosny we mgle, niż piękne ciało ludzkie. 

To jednak tylko stereotyp. Tak naprawdę podział ten jest głupi. Japonia ma własny humanizm. Mniej w nim rozmachu, niż w humanizmie Europy, ale więcej sensu. Wystarczy poczytać ich klasykę. Jak „Kokoro”, książka z czasów, gdy u nas zajadali się husarią serwowaną przez Sienkiewicza. Więcej tam zrozumienia, kim i jaki jest człowiek. „Shin Godzilla” bezbłędnie to pokazuje.

Nikt nie może zatrzymać Godzilli. Siły obronne Japonii, mimo poświęcenia, biorą w łeb. Armia Amerykańska, sojusznicza, odkąd pokonała Japonię paląc dwa miasta nuklearnym ogniem, dostaje po twarzy nuklearnym ogniem Godzilli. W Pentagonie najlepsi analitycy Zachodu dochodzą do wniosku, że trzeba znów zbombardować Japonię bombami nuklearnymi, by zabić Godzillę. Tego, że zabicie nuklearnej „Godzilli” nuklearnymi bombami nie jest pewne, nikt nawet nie rozważa. Nie pytają o to także Japończycy. Są zbyt mądrzy na to. Wiedzą, że eksperci z Pentagonu zmierzą ich tylko wzrokiem jako podludzi.

 Japończycy biorą się za to do roboty. Jeszcze poważniej. Wobec impotencji dowództwa, armii i supermocarstwa zza oceanu, do głosu dochodzą urzędnicy wraz z inżynierami. Urzędnicy średniego szczebla i inżynierowie z okolicznych fabryk. Obmyślają plan. Tym, co mają pod ręką walą w potwora w bardzo przemyślany sposób. Wymaga to ofiar. Ludzie jadą pod paszczę potwora ciężarówkami z poświęceniem, jakiego mrówki nie znają. Udaje im się. Miasto zostaje ocalone. „Godzilla” ginie. Ludzkość ocalili zwykli ludzie, robiący swoją robotę. Jest 2016 rok, Japończycy wychodzą z kina i nie wiedzą, że oglądali proroctwo tego, co wydarzy się na świecie za cztery lata.

Teraz jest rok 2020 i Japończyk siedzi w swojej ulubionej knajpie, pije zieloną herbatę i zachodzi w głowę, czy jednak pradziadek nie miał racji, gdy nazywał ludzi z Zachodu dzikusami. Takie myśli przychodzą mu do głowy, gdy czyta artykuł o tym, jak Europa i Ameryka „radzą sobie” z pandemią. Smutne. Japończyk przewraca stronę i ogląda reklamę nowego, zachodniego filmu: „Godzilla vs Kong”. Nie zna fabuły, ale z plakatu może się domyślać, że miasta rozwalać w tym filmie będą aż 3 potwory. Dwa z nich ludzie sprowadzili po to, by pokonać pierwszego. Gdyby Japończyk chciał, mógłby podumać nad alegorią: „Shin Godzilla” to podejście Wschodu, a „Godzilla vs Kong” Zachodu, pierwszy film stoi na ziemi, drugi buja w obłokach, w pierwszym ludzie zakasują rękawy, w drugim powołują do życia mechagodzillę i zabierają wielką małpę z magicznej wyspy, by rozwalić potwora. 

Zupełnie jak Zachód ze swoimi odpowiedziami na pandemię, tylko pozornie naukowymi, które potęgują chaos i pustoszą społeczeństwo. 

Myśli takie, jeśli pojawią się w głowie Japończyka, to tylko na chwilę. Musi iść do pracy, może w fabryce lub w urzędzie. A jeśli jest po pracy, to – ludzie! – zaraz zaczną kwitnąć wiśnie. Kto na wiosnę zawracałby sobie głowę Europą?