Sprawa przeciw obostrzeniom

W ostatnią Wigilię, trawiąc pierogi, myślałem o obostrzeniach. Ludzie nie mogą zawieźć opłatku do domu opieki. Inni ludzie spojrzą po Pasterce do koszyków z tacą i zapłaczą. Za dwa dni św. Jan, a ja nie mogę planować kawiarni, trzech kaw i grzańca. I tak dalej: wszystko po to, by nie przybyło ofiar wirusa. Ale obostrzenia też mają swoje ofiary. Gdy umiera miejsce, na przykład restauracja, umiera nie tylko interes, nie tylko czyjaś praca, ale kawałek życia bywalców. Czasem umiera też dosłownie właściciel na sznurze. Można mnożyć przykłady. Patrzyłem na choinkę stojącą w rogu – kilka bombek trzeba było powiesić po niewidocznej stronie, bo inaczej by się przewróciła. Jaki jest balans zysków i strat obostrzeń i pandemii? Kiedy jest moment, gdy lekarstwo staje się gorsze, niż choroba?

Od tamtej pory myślę nad tym. Odkrywam jednak, że nikt o tym nie mówi. W rozmowie można być za, lub przeciw. Brak rozważań nad momentem, gdy obostrzenia zabiorą ludziom więcej, niż pandemia. Czy taki moment jest? A może nie? Przyczyną braku publicznej rozmowy na ten temat jest nasze upartyjnienie.

Zniesienie obostrzeń to sprawa obecna tylko w jednej partii, Konfederacji. Konfederacja zaś jest w dużej mierze antynaukowa, przyciąga postawy skrajne. Jeśli ktoś zaczyna mówić, że obostrzenia są złe, może mieć na myśli, że to spisek i bardzo możliwe, że odrzuca szczepionki, a nawet uważa, że z kształtem Ziemi to może nie być taka prosta sprawa. Tymczasem ja popierałem obostrzenia od początku. Krzywiłem się na ich niekonsekwencje, ale popierałem. Krzywiłem się na zmienne zdania ekspertów, ale powtarzałem, że i tak nadzieja w nauce. Pilnowałem reżimów sanitarnych. Gdy w polskim radio snuli wizje, że rząd chiński wytworzył sztucznie pandemie, moja krew, nie lubiąca spisków, zaraz mnie zalewała. Nie ma punktów w programie Konfederacji, które bym popierał. Bliżej mi do socjalistów, niż libertarian. Słucham naukowców, nie Korwinów. Moja sprawa przeciw obostrzeniom, czy też wezwanie do namysłu nad nimi, jest pozapartyjna.

Stąd mam problem – jeśli podzielę się swoimi wątpliwościami co do obostrzeń z ludźmi, których poglądy są mi bliskie, mogą uciec ode mnie jak od zarazy. Co więcej, mogą uznać mnie za szkodnika, za złego człowieka. Ponosimy przecież ofiarę! Wszyscy wiedzą, ile to kosztuje. Nie wypada mówić, że może te koszty są za wysokie. Ktoś, kto poddaje obostrzenia w wątpliwość może wyglądać na kogoś, kto przyszedł do kościoła, ale nie klęka, gdy ksiądz podnosi kielich. Mimo to uważam, że trzeba mówić o balansie zysków i strat obostrzeń. Tym bardziej, że niewykluczone, że już jesteśmy za momentem, gdy ścisły lockdown ratuje więcej żyć, niż ich zabiera. 

Analiza, która mnie inspiruje, jest ścisła i uporządkowana. Nie startuje z pozycji spiskowych – jej autor, Philippe Lemoine uznawał pierwszy lockdown za konieczny. Był to moment na przygotowanie i osłabienie impetu pierwszej fali. Jego sprawa dotyczy, czy dziś ma sens zamknięcie pubów w Anglii, jeśli w Serbii są one otwarte i kraje radzą sobie z pandemią porównywalnie? Czy godzina policyjna we Francji naprawdę wiele zmienia w porównaniu do Hiszpanii, która takiej godziny nie wprowadza?

Oczywiście, każdy łatwo zrozumie, że porównywanie takie należy zacząć od tej imprezy na Tajwanie, gdy na wiosnę zeszłego roku do pełnego klubu czarni tancerze wnieśli trumnę pełną oranżady. Tysiące ludzi w klubie skakało i krzyczało – w tej trumnie symbolicznie był wirus. W tym samym czasie w Polsce pierwszy raz nie święciliśmy jajek. Tajwan, Chiny, Korea, Japonia, Wietnam – wszystkie te kraje pozostają otwarte i życie toczy się w nich jak zwykle. W styczniu pojawiło się trochę zachorowań na Tajwanie. Obostrzenia? Kwarantanna dla tych, co mieli kontakt i ograniczenie wizyt w szpitalach. I tak dalej, znów. To porównanie liczby zachorowań i środków zaradczych w Azji wiele mówi.

Coś w Europie i Ameryce poszło bardzo nie tak. Odpowiedzą na to są obostrzenia. Co jednak, jeśli jest to odpowiedź, której główną zasługą jest podniesienie poczucia bezpieczeństwa, że oto COŚ z pandemią robimy? Byłby to nie pierwszy w dziejach przykład, że miliony mądrych ludzi wspólnie zaangażowały się w głupie poczynania. Im więcej te poczynania kosztują, tym trudniej zawrócić. 

Tu warto się zatrzymać: inne geny, mówią ludzie, decydują o tym, że w Japonii mniej choruje. Inna kultura też im pomaga! Są zdyscyplinowani. Są jak mrówki. To wszystko, uważam, w dużej mierze bajki. Geny i kultura ma znaczenie, ale nie decydujące. Na Wschodzie podjęli po prostu inne, lepsze decyzje. Zresztą, czy naprawdę Azjaci są bardziej zdyscyplinowani? Pamiętam, jak nie tak dawno najbardziej anarchiczny naród w Europie dostał nakaz, by nie chodzić w swoje dwa ulubione miejsca: do kościołów i do lasów. Nie było liberum veto! Polacy siedzieli na tyłkach. Może też są Azjatami, a nie, jak lubią się chlubić, białymi ludźmi. 

Analiza Phillipe’a Lemoine’a, którą tu przywołuję, nie stwierdza, że obostrzenia, kultura czy geny nie mają żadnego wpływu na rozwój pandemii – mają, ale niewielki. Dlatego, gdy w USA gubernatorzy Georgii i Florydy nie zgodzili się na lockdown podczas drugiej fali, nie nastąpiła przewidywana katastrofa, a oba stany radziły sobie porównywalnie z innymi, gdzie obostrzenia były. Skąd w takim razie, zapyta ktoś Lemoine’a, te wszystkie artykuły z Nature i Science, w których naukowcy dowodzą, że obostrzenia mają podstawowe znaczenie? Lemoine twierdzi, że te badania kuleją. Mylą korelację z kausacją, czyli to, że coś się pojawia obok czegoś z tym, że te rzeczy są związane. Gdy rośnie krzywa zakażeń, ludzie postanawiają coś zrobić: zamknąć galerie handlowe, na przykład. Po zamknięciu krzywa zaczyna opadać. Wniosek – zamknięcie pomogło. Lemoine połowę swego długiego wpisu poświęca na wykazywanie, że związek ten jest pozorny.

Lemoine ma dobre, na ile umiem to ocenić, przykłady; nie tylko osławioną Szwecję, ale inne kraje nordyckie, a także Amerykę i Wielką Brytanię, skąd ponoć dane są najdokładniejsze. Pandemia ma swój rytm i  krzywe nie rosną bez końca; nawet przed osiągnięciem stanu, gdy wszyscy przechorowali covid i są odporni, to znaczy przed stanem odporności populacyjnej, krzywe zachorowań opadają. W krajach, gdzie obostrzenia są ostrzejsze, niż w Polsce, w krajach, gdzie są podobne i w krajach, gdzie są dużo lżejsze. Decydujące bowiem nie jest to, co postanowią politycy, ale to To sprawia, że zarzuty przeciw obostrzeniom warte są rozważenia. 

Jednak dopiero w drugiej części tekstu staje się on lekturą obowiązkową. Chodzi o to, że nawet przy założeniu, że obostrzenia mają dużą rolę w walce z pandemią należy przeprowadzić bilans zysków i strat. Piszę to i źle się czuję. Wchodzę za Lemainem na pozycję mordercy. Nie żal mi tych wszystkich, co umrą z tego powodu, że otworzymy kawiarnie. Nawołuję wręcz do ich wybicia. Problem w tym, że nie otwierając szkół i kawiarni też wybijamy ludzi, tylko w subtelniejszy sposób. Poza tym obostrzenia to broń obosieczna. Ograniczasz liczbę klientów – ludzie gromadzą się pod sklepem.

Ludzie też męczą się. Ksiądz zafascynowany nauką, szczepiący się i popierający obostrzenia wyrzuci trzydziestą pierwszą babkę z trzydziestu, które może mieć na mszy raz, drugi, trzeci, ale za czwartym razem każe jej stanąć za kotarą, a za piętnastym razem przełknie to, że przyszła z wnuczkiem. Wystarczy pójść do dyskontu, by się przekonać o tej zasadzie. Ludzie tłoczą się przy kasach, już nikt nie dba o dwa metry, wszyscy stali się mordercami – pracownicy sklepu, sanepid, policja, rządzący, co przymykają oko. No i to będzie się rozszerzać, bo ludzka cierpliwość ma granice, jak i zdolność do poświęceń. Tak więc będą obostrzenia coraz słabiej przestrzegane, coraz bardziej pozorne, a przecież wciąż kosztujące bardzo wiele. Ludzie i tak się spotkają, ale restauracja na rogu upadnie. 

Może, zastanowiwszy się, lepiej mieć naród długodystansowo odkażający ręce i noszący maseczki, niż taki, który zmęczył się na wielu kosztowych, a mało skutecznych utrudnieniach.