Wojna o Karabach. Przegrani są zawsze samotni

2020 rok widział Austrię walczącą z Izraelem przy wsparciu Niemiec. Ani Austria, ani Niemcy nie przyznają się, by kiedyś maczały palce w Holokauście. Izrael nie a pieniędzy, skutecznych sojuszników, nie ma też prawa międzynarodowego za sobą – na każdej mapie teren, o który toczy się wojna, należy do Austrii. Przy pomocy niemieckich dronów ta szybko kończy spór. Kilkadziesiąt tysięcy Austriaków, wygnanych z tego terenu, teraz będzie mogło wrócić do domów, z których kiedyś wygnali ich Żydzi. To także ich ziemie. Ale powrót ma mroczna stronę. Na nagraniach w Internecie widać, jak żołnierskie buty łamią macewy, jak kolby rozbijają gwiazdy Dawida. Wracają straszne skojarzenia z 1913 roku, ale tylko nielicznym. Świat jest zajęty pandemią, jak płuca żołnierzy obu stron wojny o Karabach. Bo Bo nie silny Izrael, nie spokojna Austria walczyły, tylko biedna Armenia i potężny Azerbejdżan, z historią między nimi najgorszą na świecie. Ale świat nie ma czasu wyobrazić sobie, czym wojna 2020 jest dla Armenii. 

Walki toczyły się o Karabach. Cały XX wiek istniało tam napięcie, ZSRR zrobił tam złą robotę, dzieląc ziemią podbite przez siebie narody. Gdy ZSRR upadało Ormianie ruszyli, by zmienić granice na korzystniejsze dla siebie, spójne z ich dziejami, w pewnym sensie Karabach jest tak ormiański, jak Lublin jest polski. Silna diaspora Ormian z USA zrzuciła się na nowoczesny sprzęt, Azerowie przegrali. Powstało państwo nieuznawane przez nikogo, nawet przez Armenię. W 2020 w praktyce przestało istnieć, a za parę lat nie będzie po nim śladu. Nie byłem w Karabachu, ale ilekroć mój przyjaciel stawiał mnie wobec wyjątkowo pięknej doliny w Armenii, albo nad potokiem płynącym przez dębowy las, albo w sadzie, w którym morele były wielkie jak buraki cukrowe i świeciły się jak pomarańczowe żarówki, mówił, żebym poczekał, aż pojedziemy do Karabachu. Góry i wzgórza dosłownie pokryte są tam kościołami, klasztorami, krzyżami z kamienia i całą resztą ormiańskiego dziedzictwa, a gdzie przyroda ma wolną rękę, tam przypomina raj. 

Rok 2020 w tym przypominał wszystkie poprzednie lata, że zmniejszył Armenię. Ormianie żyli na rozległych terenach przez tysiące lat. Są indoeuropejczykami, czyli pochodzą z grupy w której kiedyś szedł z Pamiru i Polak, i Niemiec, i Rzymianin, ale są dziedzicami starszych ludów. W Grani zakręciło mi się w głowie, nie przez piękną przepaść, ale dlatego, że patrząc na grecką świątynię z trzeciego wieku przed Chrystusem, usiadłem na kamieniu, a to nie był taki sobie kamień, ale słup graniczny trzy raz starszy niż Polska, z wypisanym imieniem króla. Tam Ormianie stworzyli swą cywilizację z oryginalnym alfabetem i niezwykłą wersją chrześcijaństwa. Zajmowała połowę dzisiejszej Turcji, kawał Azerbejdżanu i Iranu. Długo mieli diakonisy, a jeszcze w XX wieku składali ofiary ze zwierząt, ewangelicznie tłumacząc je darem dla ubogich. Ich Chrystus i ich Kościół są bojowe. W czasie przyjęcia chrztu, a jeszcze Rzym wtedy nie był cały nawrócony, miał Chrystus wielkim młotem uderzyć w światynię pogańską w Eczmiadzyniu. 

Wiara promieniuje w Armenii jak góra Ararat o świcie, jak mi się objawiła jako pierwsza na erewańskim lotnisku. A przy tym są Ormianie Europejczykami, choć robią lepszą od nich kawę, bo w tygielku. Warszawa nie wiem, czy kiedykolwiek odzyska tę klasę miasta, którą ma Erewań. Armenia to kraina muzyki, kuchni, dumnych kelnerek i dzielnych żołnierzy, których trzy tysiące wybiły zdalnie sterowane drony. Ale 2020 właśnie tylko udoskonalił technologię. Sąsiedzi Ormian bowiem od wieków ograniczali ich liczbę, także wielkim ludobójstwem z początków XX wieku, które słusznie można przyrównać do Holokaustu, przez jego powszechność, osadzenie w nowoczesnej polityce Turcji i w starych plemiennych niesnaskach. Dzisiejsza Armenia to skrawek dawnej ojczyzny Ormian, surowy, biedny, mało ludny. Między dwoma krajami, które po cichu cieszą się ze skutków starych zbrodni i głośno im przeczą. 

Karabach daje lekcje z teologii i polityki. Najpierw teologia. W Azerbejdżanie, krainie dywanów, gazu i pysznych dań pikantnej kapusty, ma miejsce obecnie powojenna euforia. Współczuję wszystkim myślącym Azerom, którym pewnie chce się od niej wymiotować. A nie ma jak! To jakby zwymiotować przy stole Pana Boga. Allahowi nie podobają się widocznie krzyże z kamienia i śpiewy mnichów, woli wytarty modlitwą dywan meczetu. Dlatego zainwestował, kształtując planetę, w surowce naturalne dla Azerów, w gaz i ropę, a Ormianom nic z tego nie dał. Co sobie myślą Ormianie, nie wiem, ale czytałem u nich wiele o słuszności ich sprawy, o sprawiedliwości dziejowej, o sile ducha narodu, o błogosławieństwie Boga i sile wiary. O bitwie sprzed stuleci, gdzie mnisi z mieczami zagrodzili drogę wielkiej, perskiej armii. Pewnie patriarcha prawosławnych Ormian błogosławił ich wojska deską z Arki Noego, która w duszach tamtejszych chrześcijan wciąż jeszcze nie obróciła się w metaforę. A teraz? Co, gdy już wiadomo, że nie zjawią się anioły, tylko drony? Jak zmieni się ich wiara? Wzmocni się, czy obumrze? Zmieni? 

Na całej planecie, nawet w świętującym Azerbejdżanie ludzie przeżywają odchodzenie dawnej wizji Boga, króla, który uderza młotem i stawia granice ze stelli z kamienia. Patrzy Azer, który stracił syna, na pusty dywan obok siebie w meczecie. Upadają proste teologie. Upadają zwłaszcza tam, gdzie ludzie kurczowo się ich trzymają. Ale przecież 2020 roku niewiele zmienił w losie najstarszego chrześcijańskiego narodu. Jest kontynuacją. Dlatego w kościołach Armenii wiele będzie się mówiło o kluczu chrześcijańskim, otwierającym i zamykającym w odpowiedniej chwili Tajemnicę – o krzyżu. Wydaje mi się tylko, że przeobrażenie wiary i tak się stanie, a wojna je przyśpieszy. Wisząc od dwu tysięcy lat na krzyżu, na pociechę i zbawienie nam, Bóg robi się coraz bardziej ludzki. 

Jest i polityka. Uznając prawa Azerów i Ormian do dziedzictwa, i ziemi chciałoby się zobaczyć inne załatwienie, niż wojna. To, że dwa narody mogą sobie skoczyć do gardła i mordować się, jest dzikie. Szkoda, że nie zablokowały tej wojny ani Europa, ani Ameryka. Armenia ma, co prawda oparcie w Rosji, ale jest ono okupione uzależnieniem. Teraz Rosja okupuje Karabach jako siły rozjemcze, ale niewiele to zmienia. W krótkim czasie ziemie te pójdą na stałe do Azerbejdżanu. Nadzieją Ormian jest to, że świat weźmie w obronę klasztory i krzyże, które tam zostawili, a może, kto wie, nawet ludzi? Co to jednak znaczy świat? Czy możliwa jest współpraca, czy to wszystko cyniczna gra Sorosów, a prawdziwe nie są prawa człowieka, ale tylko drony wysłane przez Turcję? 

Niektórzy politycy w Polsce z podziwem patrzą na Turcję. Jaki sobie robi koncert mocarstw! To w Libii, to na morzu, to na Kaukazie. Praw mają coraz mniej w środku, ale na eksport ile dumy, ile potęgi! Czy i my byśmy tak nie chcieli? Mieć przewagę nad Litwą, zwasalizować Słowację, jeździć bez paszportu do Lwowa. Być wielkim narodem i wielkim państwem. Nic się z tego nie stanie, z różnych powodów to mrzonki, ale przysięgam, że jeśli granice kochanej mojej ojczyzny kiedykolwiek drgną na niekorzyść innych ludzi, zwymiotuję na mapę. Ziemia jest dla wszystkich i możemy żyć na niej razem. To bardzo daleki ideał, ale poza nim są czystki etniczne. Pamiętając o strasznych dziejach Ormian, o ich bólu 2020 roku wiem, że ich potęga już nie powstanie. Jeśli czeka nas coś dobrego, to nie będzie to od ciosu teologicznego młota, ale od przejęcia się cierpieniem drugiego człowieka. Pokojowe współistnienie narodów na ludzką miarę. Szkoda, że Armenia leży za daleko od Unii Europejskiej.