Boże Ciało, recenzja

50 radiowozów na Mickiewicza w Warszawie, a w Lublinie cisza, tylko kuna chodziła po suficie. Słuchałem jej pazurków i zastanawiałem się, jak zasnę. Na szczęście dodali „Boże Ciało” do Netflixa.

„Boże Ciało” to film o przemocy. Przemoc to cała wielka kraina w tym filmie. Zaczynamy ją zwiedzać już w pierwszej scenie. Na przemoc w stolarni zakładu poprawczego patrzy Daniel, lat dwadzieścia. Daniel należy do chłopców, którzy woleliby wyjechać z województwa przemocy. Gdzieś daleko, może na południe, może nawet do Czech, gdzie wzgórza są miękkie jak brody baajkowych królów, polane piwem, po którym się nie bije. Ale w pobliżu nie ma czeskiej ambasady. Jest za to Ambasada Królestwa Niebieskiego. Ambasadorem jest ksiądz Tomek. Ksiądz Tomek ogłasza chłopcom z zakładu: wszyscy jesteście kapłanami! Uzbrojony w charyzmę, terapię, cięty język i patrzenie w oczy ks. Tomek pracuje nad chłopcami. Patrząc na to czułem się jak kuna, która polizała trutkę na strychu. A Daniel patrzył na ks. Tomka urzeczony. Wtedy już wiedziałem, że „Boże Ciało” będzie o przemocy w miejscach mniej oczywistych, niż stolarnie poprawczaków.

Daniel dzwoni ks. Tomkowi dzwonkiem, ale jest skreślony u kolegów. Trochę bojąc się ich, trochę podziwiając księdza Tomka, Daniel chce zostać księdzem – oczywiście nie może, bo był karany. Państwo Polskie nie jest jednak tak wybredne jak Kościół, daje więc Danielowi nowy start – w stolarni. Daniel stoi u jej bram z torbą na ramieniu, patrzy na panujące tam porządki i szybko pojmuje, że pokonał kilkaset kilometrów, a nadal jest w tym samym województwie. Następnie w pięknym kadrze stoi i patrzy na zielone pastwiska i dostrzega kościółek na górce. Podejmuje swoją decyzję.

U mnie zapada cisza – kuna widocznie przelazła na gościnniejszy strych.

To się nazywa spojlery, takie opowiadanie filmu. Daniel do kościółka na zielonej górce zachodzi na modlitwę. Tam Bóg używa na nim sprawdzonej metody. W kościele siedzi dziewczyna. Wiele przeczytać można o aktorstwie w „Bożym Ciele” – otóż to Eliza Rycembel zagrała najlepiej, lepiej nawet niż filmowa matka swoja, grana przez Aleksandrę Konieczną. Krótka rozmowa Daniela z Elizą skutkuje powołaniem. Jestem księdzem, oznajmia jej Daniel. Tak to Pan Bóg zrobił swoje. Jednak w Polsce spotkanie II czy III stopnia z wyższą inteligencją (kobietą) nie czyni jeszcze z Ciebie księdza. Musisz wpierw iść do seminarium. Seminarium Daniela w „Bożym Ciele” mieści się w zakrystii, a formacja trwa w nim 4 minuty. Podczas nich mają miejsce, jak w każdym seminarium: rozmyślania, modlitwy, przekleństwa, pocenie się, próba ucieczki oknem, w końcu obłuczyny i otwiera się droga na plebanię.

Formacja Daniela przebiegała spokojnie – nie było księży formatorów, nikt go nie zastraszał, nikt mu głowy nie prał. Nie miał mu kto pomiędzy Tomaszem z Akwinu a Kieerkegardem wyszeptać, że najważniejsze w kapłaństwie to się nie wychylać – pozwalać się okradać, mobbingować i inne rzeczy sobie i innym robić, i nie myśleć zbytnio, ale kuferka pilnować. 

Z tymi brakami w formacji idzie Daniel na plebanię. Pierwszy od chrztu Mieszka polski ksiądz, który nie wie, jak to działa. Nie wiedząc, że najświętszy jest świety spokój, Daniel siada przy stole z proboszczem. Co on robi, ten proboszcz, na tych zielonych górkach, skoro kończył seminarium w Warszawie? Zesłali go, nie wiadomo po czym. Ten proboszcz przyjmuje do kapłaństwa Daniela. Zwykle przekazuje się świecenia przez włożenie rąk. W tym wypadku musi wystarczyć liczenie dyszek z tacy, a potem podnoszenie z podłogi proboszcza, który, jak to językiem kościelnym stwierdziła gospodyni, „nie pije”. Proboszcz cieszył się z zastępcy, choć może przeczuwał, jakie jego zastępca skończył seminarium. Cieszył się, bo mógł bez wiedzy kurii pojechać na leczenie czy też na pijacki maraton. Tak, czy inaczej Daniel zostaje sam. Przez kolejne sceny filmu powoli orientuje się, że nigdy nie wyszedł ze stolarni, że to cały czas ta jedna kraina, to jedno województwo przemocy, gdzie życie księży jest sporym powiatem. A jednak ks. Daniel radzi sobie nieźle. Kopiuje metody, które oglądał w poprawczaku u ks. Tomka i to tak, że u niego nawet działają. 

„Boże Ciało” nie jest może arcydziełem, ale są w nim sceny doskonałe. Weźmy tę z namaszczeniem. W środku nocy babcia umiera i rodzina księdza wzywa. Gospodyni prowadzi, wchodza do chaty, ksiądz Daniel zamyka się z babcią. Chłopak oczy ma jak 5 złoty. Pierwszy raz widzi, jak ktoś umiera. Nie umrzesz – tyle mówi i trzyma babcię za rękę. Starczyło. Otóż gdyby otworzył rytuał namaszczenia chorych  i całą resztą, gdyby przeczytał modlitwy, fragmenty Pisma Świętego, formuły sakramentu, to przecież nic by do tego nie dodał. Ich przesłanie jest takie właśnie: nie umrzesz. Masz duszę, zmartwychwstaniesz, Chrystus przeprowadzi cię przez dolinę, a więc tak naprawdę nie umrzesz, babciu.

Od tego instynktownego lęku chłopaka przed śmiercią tylko krok ku całej chrześcijańskiej teologii. 

Teologii największe problemy są ze śmiercią i przemocą. Odziedziczyła je po Panu Bogu i „Boże Ciało” rozwija ten wątek, co odróżnia ten film od prostej krytyki organizacji kościelnej. Bóg jest ważny dla ludzi „Bożego Ciała”. Aż do tego stopnia, że krzyczą na Niego i klną Go. Mimo tego, albo i przez to, jak by powiedział autor Księgi Hioba, film wolny jest od bluźnierstwa. Powinien być oglądany przez ludzi, którzy uważają, że Chrystus powiedział: „cokolwiek uczyniliście budynkom sakralnym, mnieście uczynili”.

Boże działanie w „Bożym Ciele” dokładnie przypomina Stary Testament. Pan Bóg, zawiódłszy się na kapłanach i królach, powołuje stolarza – łotrzyka na proroka. Rolę swa spełnia cieśla – celnik wspaniale. Przy tym hartuje się niczym Naród Wybrany na pustyni. Województwo przemocy może sięgać aż po krańce ziemi, ale zahartowany Naród poradzi sobie, tak, jak w końcu Daniel sobie radzi. Nie robi nikomu krzywdy, znajduje miłość, dojrzewa.

Czym się skończy „Boże Ciało” niby wiadomo od razu. A mimo to nieźle się to ogląda. Ktoś powie, że ten, kto w „Bożym Ciele” w końcu odkrywa, że ks. Daniel nie jest normalnym księdzem miał prawo się zdenerwować. Nie można oszukiwać ludzi w rzeczach świętych! Jest w tym pewna racja. Ale ja powiem, że racja ta ma w życiu i drugą i trzecią stronę.

Najpierw druga – scenariusz „Bożego Ciała” osnuł Pacewicz na prawdziwych zdarzeniach. Otóż ludzie z wioski, gdzie zaszła podobna, trochę mniej malownicza, mniej przypowieściowa historia nie byli wcale źli na chłopaka. Dlaczego? To był ludzki ksiądz! Był dobrym człowiekiem i nie nudził z ambony. To szczyt marzeń polskich parafian.

Jest jeszcze trzecia strona. Teologia mówi, że do sakramentów trzeba określonych rzeczy i osób. Na przykład, do mszy trzeba chleba, wina, ksiedza. Stąd karcimy Daniela. Zły oszust! Ale wyobraźmy sobie przez chwilę, że Daniel ma wszystkie święcenia, 70 lat i tytuł Kardynała. No i jasnym jest, że latami tuszował pedofilię. I co? I nic! Ważne są bierzmowania, ważne są msze. Zgorszenie jest w gruncie rzeczy mniejsze, niż gdy chłopak rzuci bluzgiem na ulicy. Dotyczy ta reguła zgorszenia także ważności sakramentów. Byłem świadkiem, jak pewien kanonik nakupił wina owocowego, na którym potem miesiącami odprawiali różni księża. Każdy po ABC teologii wie, że takie wino owocowe jest jak coca-cola – msza na nim nie będzie ważna. Kluczowe jednak, że ksiądz, który popełnili błąd był ważny. Dlatego wszyscy udawali, że nic się nie stało i mówili, że „Pan Bóg jakoś sobie z tym poradzi”. Gdy przyszło do ich interesu, duchowni odsunęli teologię na bok, okazując pragmatykę równą parafianom z zielonych górek. 

Najśmieszniejsze jest to, że ks. Danielem można zostać bez własnej wiedzy. Głośno było ostatio w Ameryce o księdzu, którego po latach kapłaństwa podkusiło obejrzeć kasetę ze swojego chrztu. Okazało się, że ksiądz, co go chrzcił był luźny nawet jak na lata osiemdziesiąte na Zachodnim Wybrzeżu i ochrzcił go złą formuła. Chrztu, mówi teologia, nie było. Przez nieważność jego chrztu wynikła nieważność wszystkiego, co potem – tylko chrzty, co ich udzielał, były ważne, bo chrzczący nie musi mieć chrztu, musi tylko znać formułę. Ach, ten nasz skomplikowany katolicyzm! W każdym razie siedział, patrzył na kasetę i myślał sobie, co to było w dniu święceń? Co czułem w sercu, skoro nie była to łaska sakramentu? I tak dalej. Facet musiał mieć pokorę większą nawet od polskich kurialistów, bo dał się jeszcze raz ochrzcić i przyjał po kolei w dwa tygodnie wszystkie swięcenia.

Może stwierdził ów ksiądz Daniel z Ameryki, że każdy ma swoją stolarnię i dlatego nie warto uciekać? Że przemoc żyje wszędzie tam, gdzie ludzie, w symbiozie z nimi, jak flora bakteryjna. To jest po trochu morał „Bożego Ciała”, jeśli przydusimy ten dobry, niemoralizujący film, by jakiś morał nam wyjawił. 

Ale jest do film dobry jeszcze z innego powodu,: coś się w nim dzieje. Kuna podróżuje po strychach uśpionego miasta ucząc się, jak rozmaite smaki i zapachy miewają trutki.