Siedem typów ateizmu, John Gray

„Siedem typów ateizmu” Johna Graya to filozoficzne polowanie na święte krowy. Czyta się je niczym powieść, choć Gray związał się z głupszą z dwu sióstr, nie z literaturą, a z filozofią. Po polsku autor ten wydał tak intrygująco brzmiące tytuły, jak Słomiane psy: myśli o ludziach i innych zwierzętach, czy Czarna msza: apokaliptyczna religia i śmierć utopii. Siedem typów ateizmu także na pewno by się u nas sprzedało, ale póki co przeczytać je musiałem w oryginale.

Siedem pieczęci ateizmu

Tytułowa liczba siedem przywodzi na myśl ostateczną rozprawę. Kojarzy się z siedmioma pieczęciami i resztą biblijnej symboliki. Z wykładów o Starym Testamencie pamiętam opowieść o procesji odpustowej w Jerychu. Tamtejsza orkiestra górnicza tak fałszowała, że patron odpustu św. Jozue zdzierżył tylko do szóstego okrążenia i gdy robili siódme rozwalił parkan wokół kościoła. John Gray (nie mylić z Alasdairem!) w siedmiu rozdziałach rozwala parkan wokół świątyni ateizmu, w której wikarym jest Richard Dawkins. Specjalnie napisałem wikarym, a nie proboszczem. Dziś bowiem wszyscy robią sobie z Dawkinsa żarty, ateistyczni filozofowie skaczą na niego niczym kozy na pochyłą śliwę. W modzie jest wytykać mu błędy myślowe. Każdemu dziecku się wydaje, że potrafi zaproponować doskonalszą, lepiej ugruntowaną niewiarę w Boga, niż niewiara Dawkinsa. John Gray wie o tym, ale jemu tego mało. On nie tylko, że naprostuje śliwę ateizmu Dawkinsa, ale też da popas wszystkim co zuchwalszym kozom ateizmu, zwłaszcza, jeśli zdażyło im się wleźć w szkodę na polu filozofii lub polityki. Ta rozprawa ateisty z ateistami jednak, wbrew pozorom, źle wróży Kościołowi.

Nikt już do księży nie strzela

John Gray pisze tak, jak myśliwy poluje. Kościół i księża, nawet tak piękne okazy jak kapłani kurii lubelskiej, to dla niego żadna zwierzyna. Trzy lata sypałby im buraki i owies, zanim miałby serce strzelać. Już Czesław Miłosz pisał, jak siedząc w ławce oglądał walkę o swoją duszę dwu nauczycieli: jeden był biologiem, o poglądach jak wspomniany Richard Dawkins, tylko może o charakterze mniej od Dawkinsa sympatycznym i wykładał im w wileńskim gimnazjum ewolucję, a z drugiego był ksiądz. Drżał ów ksiądz na katechezie przed ewolucją i całą resztą nauki, drżał, spinał się, denerwował, krzyczał, że jednak Bóg. Chłopcy szanowali jednego, a prowokowali drugiego, pisze Miłosz i dodaje, że on jednak skrycie kibicował księdzu, bo ten namiętniej przeżywał cały spór. Czuł chyba poeta, że patrzy na ginący, coraz mniej okazały gatunek.

Siedem typów ateizmu załatwia czterech jeźdźców

Od czasów młodości Miłosza minęło stulecie. W brytyjskich szkołach nie widać księży. Chłopcy tamtejsi zmuszeni więc są prowokować bezbożnych biologów. John Gray zachował coś z tej gry. Na pierwszy ogień bierze Dawkinsa i nowych ateistów, ale czyni to jakby od niechcenia. Także oni nie są zbyt okazali! Gray zaznacza na początku pierwszego rozdziału, że szybko się z nimi rozprawi i pójdzie dalej. Wielki Dawkins, a potem neuroonaukowiec Sam Harris i filozof Daniel Dennet padają pod jednym argumentem: czczą naukę. Czczą ją jednak na próżno, stwierdza Gray, gdyż ona nie tłumaczy życia. Gray zauważa, że uznają oni przy tym chrześcijańską etykę, opartą o wyjątkowość człowieka, choć odrzucają właśnie samą podstawę tej wyjątkowości. Gray kpi z nich też, że rozliczają Boga z tego, jak przestrzega dziesięciu przykazań. Z czeterech jedźcow ateistycznej apokalipsy najoględniej obchodzi się z Hitchensem, ale jego akurat wszyscy kochają. Hitchens stoczył kiedyś debatę ze swoim bratem o istnienie Boga. Była to eksplozja dowcipu. Ponoć po jej zakończeniu pewien biskup stwierdził, że niestety, Bóg stwarzając Christophera Hitchensa w taki a nie inny sposób przesądził o już dawno o losach tej debaty. Przyznajmy biskupowi, że Bóg może patrzeć na nowych ateistów z sympatią rodzica słyszącego inteligentną psyskówkę, ale Gray nie podziela tych rodzicielskich uczuć. Uważa, że tylko idiota widzi w nauce nadzieję dla człowieka.

Ludzie! John Gray wam nie pomoże

Drugi ateizm, który Gray wylicza, jest zblizony do pierwszego. To kult człowieka. Tyle, że to nie nauka ma zrobić postęp, a właśnie sam człowiek. Tutaj Gray pisze o wszystkich, którzy choć przestali wieryć w Boga, to wciąż wierzą w zbawienie. O tych, którzy uważąją, że historia jest jak kij. Nie koło, gdzie wszystko się powtarza, zwłaszcza błędy, ale właśnie kij. Prosty i gładki. Z każdym calem coraz gładszy kij, na końcu którego powiewa wielki sukces, uwieńczenie historii, zbawienie. Człowiek różnie sobie je nazywaŁ: tysiącletnia Rzesza, komunizm, globalna demokracja. Gray zauważa, że ludzkość dostała już nieźle plecach podobnymi kijami. Wiara w postęp oznacza ofiary, a człowiek i tak się przecież nie zmieni. Gray pokazuje to na przykładzie z pietnastowiecznych Niemiec. Od wiosny 1534 do czerwca 1535 w Münsterze Jan z Lejdy panował tam w „Królestwie Niebieskim”. Działo się tam wszystko. Wspólna własność i poligamiA połączona z kamieniowaniem za cudzołóstwo, wahadło bujało ich od obżarstwa „dwunastu apostołów” Jana po ludożerczy głód. Rzeczy te John Gray potrafił opisać. Czytałem ten rozdział z wypiekami na twarzy, przypominając sobie fragment z „Mikaela” Waltariego. Jest tam scena, gdy nad oblężonym przez cesarskie wojska Münsterem pojawia się tęcza, lud bierze to za znak, że apokalipsa już tu i teraz, wychodzą więc z Janem w pole. W kilka minut ich nie ma. Widzę tęczę na granatowych chmurach, jak ją Waltari maluje nad bezideowymi najemnikami łupiącymi poległych.

Uroki ateizmu, uroki wiary

W trzecim rozdziale Gray zagłębia się w znów w kult nauki, lecz tym razem mniej przyjemny. Kto chce się dowiedzieć, jak budowano rasizm w oparciu o biologię, dowie się. Narrację Gray prowadzi aż do tych, którzy dziś liczą, że zbawią nas myślące komputery. Czy ludzie ci nie korzystali nigdy z laptopa? W czwartym rozdziale wraca znów Gray do polityki i pokazuje, jak zawsze o krok jej od religii. Jest tam na przykład o bogobudownictwie i Łunaczarskim, czyli o bolszewikach, którzy sądzili, że komunizm skonstruuje Boga, który cofnie się w czasie i zbawi wszystkich. Ucho Graya łowi w tym refren, który go denerwuje: ludzie uporczywie uważają, że są pępkiem świata, mimo, iż nauka wykazała, że świat, niczym biblijny Adam, pozbawiony jest pępka! Ludzie, woła Gray, to przecież zwierzęta jak każde inne. Pół biedy jeszcze, gdy zgodnie ze swoimi instynktami wymyślają religię. Cała bieda jednak, gdy religię tę obalają, udając, że już jej nie potrzebują, że wyrośli, a tak naprawdę dalej po kryjomu ją uprawiają w głupszej wersji. Według Graya tak da się streścić dzieje Zachodu. Teza jego jest prosta: każdy współczesny ateista to albo nieświadomy chrześcijanin (humaniści pokroju Dawkinsa), albo gnostyk (marksiści), albo mistyk (to będą, jak się okaże ulubieni ateiści Graya). Prawdziwych bezbożnikow, mówi Gray, nie ma.

Sprawdź raz jeszcze, czy nie wierzysz w Boga

Nawet ludziom którzy Boga nienawidzili przypisuje Gray zbożne intencje i wiarę, jak Markizowi de Sade w piątym rozdziale. Nawet satanistów męczy dopóki, dopóty nie wykaże, że w głębi duszy są chrześcijanami. Odrzucając całą religię, zachowali przecież jej rozumienie zła. I tak dalej, aż do dwu ostatnich rozdziałów. W szóstym spotykamy amerykańskiego pisarza i myśliciela Santanayę, którego Gray określa mianem „ateisty kochającego religię”, patrzącego na nią jak na inne fenomeny natury, jak na owocowanie śliwy, zaloty kóz czy pierzenie się aniołów, bo materialista Santanya ze spokojem przyjąłby ich ewentualne istnienie. Pogoda ducha godna greckich filozofów chyba zresztą Santanyę zwiodła. Oto na koniec życia zamieszkał ów filozof w żeńskim klasztorze w Rzymie, co jawi mi się jako krok bardzo odważny i chyba Santanaya w końcu to pojął, bo rozdał na koniec całą swoją fortunę, tylko figę pokazując siostrom. Jeszcze ciekawiej pisze Gray o wielkim pisarzu, jednym z największych Polaków, Josephie Conradzie. „Conrad i bezbożne morze”, tytułuje paragrafy o nim. Faktycznie, stoimy nad morzem Conrada i razem z nim patrzymy, jak Dawkins i inni przenoszą w dłoniach wodę do wykopanych w piasku dołków. Tu już zaczyna się w „Seven types of atheism” robić przychylnie dla religii. W powietrzu unosi się Tajemnica.

John Gray i jego siedmioramienne koło

Jak szósty rozdział zachwyca, tak siódmy niemal rozczarowuje. Oczywiście, smaczny jest początek o Schopenhauerze. Tyko, że to, co potem Gray pisze o teologii negatywnej prawosławia jako o najdoskonalszym ateizmie podpada pod przypowieść o belce i słomce. Gray słusznie wytknął złudzenia ludzi Zachodu, sam jednak nie może powstrzymać się przed fascynacją Wschodem. A jednak i to idzie przebaczyć, bo na poparcie swoich tez przywołuje ludzi żywych a ciekawych, w rodzaju Szestowa, Spinozy, Ciorana, czy nieznanego mi wcześniej rumuńskiego Żyda, Beniamina Fondanego, zamordowanego w Auschwitz na krótko przed wyzwoleniem. Cioran pisze, że nie zna twarzy głębiej pooranej ekstazą i męką, a więźniowie, którzy przeżyli opowiadają, że Fondane do ostatka dyskutował o filozofii. W tym przypadku chodzi pewnie o filozofię tajemnicy, natchnienia, życia, słowem, o wybaczalną filozofię.

Czy można wybaczyć „Siedmiu typom ateizmu”?

Także filozofia Graya jest wybaczalna. Pokazuje, co może jest złą wróżbą dla Kościoła w Polsce, że ludzie dzielą się na niezainteresowanych religią i na religijnych, a dopiero ci ostatni dzielą się na wierzących i niewierzących. Pierwsza grupa zresztą nie jest mniej ciekawa, tam bym chyba, wbrew Grayowi, widział wielkiego Conrada. Cóż więc? Ateizm i wiara w jednym worku? No, niemal. Sam Gray tak to ujmuje: „Jeśli chcesz zrozumieć ateizm i religię, musisz zapomnieć o powszechnym przekonaniu, że są one przeciwieństwami. Jeśli zobaczysz, co łączy tysiącletnią teokrację z początku XVI wieku w Münster z bolszewicką Rosją i nazistowskimi Niemcami […] Współczesny ateizm jest kontynuacją monoteizmu w inny sposób. Stąd nieskończony szereg zastępców Boga, takich jak ludzkość i nauka, technologia czy nazbyt ludzkie wizje transhumanizmu. Ale nie ma powodu do paniki ani rozpaczy. Wiara i niewiara to pozy, które umysł przyjmuje w obliczu niewyobrażalnej rzeczywistości. Świat bezbożny jest tak tajemniczy, jak świat przepełniony boskością, a różnica między nimi może być mniejsza niż myślisz”.