Pekińczyk kłapie zębami na Lipowej

Pekińczyki, miotające się niekiedy na lubelskich smyczach, wyglądają jak psy z innej planety.Wyglądają, jakby Polska, być może jeszcze za Gierka, poleciała w kosmos, do dziś tam lataŁa i przywoziŁa właśnie coś takiego: małe, niepodobne do psa zwierzę o płaskiej mordce i białym upierzeniu. Poza tym nic więcej z tego latania dla nas nie ma. W tej alternatywnej rzeczywistości są te same brudne chodniki, po których mijają Cię na raz dwie hulajnogi i trzy rowery, ten sam dziurawy asfalt. Przywieźli kosmonauci z naprawdę dalekich krajów tylko te małe białe psy. Patrzyłem, jak ziewa pekińczyk przed piekarnią i widziałem polski podbój Alfa Centauri. Major Hermaszewski na znaczku pocztowym na tle dwu słońc pozuje z pekińczykiem.

2

Majora przypominał pan, który uwiązał swojego pekińczyka przy wejściu do piekarni na Lipowej i długo odliczał drobne. Postanowiłem nie wchodzić do piekarni. Oglądałem sobie psa. Moje dystansowanie się zostało zauważone. Kupujący pan i sprzedająca pani patrzyli przez drzwi tak, jakby uznali to za niepotrzebne. Psa się przecież nie mogłem bać, a wirusa też już nie powinienem, więc dlaczego czekam? Zapytany powiedziałbym, że z  szacunku dla pekińczyka, którego pan wyszedł w końcu i zaczął odwiązywać go od poręczy. Mogłem ich wyminąć i wejść do piekarni, ale tylko stałem, jakby mi się nie spieszyło, jakby nikt się tego ranka nie śpieszył, ani ludzie w autach, ani na hulajnogach. Gdyby ktoś z nich musiał stanąć w kolejce za mną, to nie zdzierżyłby i wlazłby mimo mnie. Jak wczoraj przed apteką. Sługa stała kolejka, a pierwsza pani patrzyła w telefon i dzięki temu inna pani, patrząc cały czas w drzwi, minęła wszystkich i weszła. Nikt nie powiedział nic, tylko pan odwiązywał psa. Czułem, że jest mu niezręcznie, że za bardzo szanuję jego przestrzeń. W końcu poradził sobie i oznajmił „idziemy”. Pekińczyk za nim podreptał, a mi zaczęło być głupio, że zasiałem im niepokój, bo byłem zbyt miły.

3

Bycie zbyt miłym to zła forma interakcji. Po pierwsze, naraża związki i niszczy w zarodku i romanse, i kariery. Produkuje dzieci niezdolne gryźć innych w piaskownicy, naiwne dzieci liczące, że zawsze będzie w niej czysty piach. Nadmiar bycia uprzejmym jest w końcu niepokojący, bo sugeruje konflikt ukryty. Uprzejmość jest jak zielone ludziki Rosji buszujące po Białorusi. Dlaczego? Bo jeśli ktoś Cię obrazi, to wiesz, że szczerze. Uprzejmość zaś to maska. Jeśli ktoś Cię obrazi, daje Ci tym prawo, byś mu odpowiedział podobnie, a jeśli uda ci się odpowiedzieć na wyższym poziomie, to masz zasługę. Z uprzejmością jest odwrotnie. Ona wymaga, by odpowiedzieć co najmniej równie uprzejmie, bo jeśli będzie mniej, to człowiek się poniży. Straci nerwy, a może i twarz. Dlatego pan rozwiązywał smycz z niepokojem, że nieznajomy nie każe mu się ścisnąć na schodach. Gdy sobie poszli, ja pocieszałem się, że choć byłem zanadto uprzejmy, to jednak uszanowałem pekińczyka, białego lwa tych schodków. Mógł pekińczyk poczuć się dzielny, uróść mógł w swych czarnych oczkach do rangi wilka, a może nawet chińskiego smoka, na którego można wleźć i szybować przez niebo pełne białych chmur.

4

Kto wie, może pekińczyki na ojczystej planecie rosną większe? Może to środowisko ludzkich mieszkań skazuje je na kaliber szczura? A może godzą się na to same, lubiąc miasteczka? Myśląc o tym poprosiłem w piekarni o pekińczyka, dopiero po chwili poprawiając na rogal, co dodało kolorytu mojej relacji z tamtejszymi paniami. Wróciłem do mieszkania i nad rogalem czytałem, że New York Times znów pisze o UFO. Od jakiego czasu poruszają ten temat, o czym już pisałem i nawet mnie to intrygowało. Przestało, gdy pojąłem, że mają na to takie dowody, jak ja w sprawie pekińczyka przywiezionego z Alfa Centauri. Trzeba im tylko przyznać w NYT, że markę mają lepszą. Ludzkość nie chce słuchać rezydenta z cmentarza, woli nowojorską gazetę. Ale też nie cała! Okazuje się, że fani UFO mają w nosie te artykuły, bo NYT pisze o materialnych kosmitach, co przelecieli bajeczny dystans w kosmosie, by rozbić się na amerykańskiej pustyni. Tymczasem entuzjaści przestawili się już dawno na inne wymiary i równoległe rzeczywistości, i odtąd w nosie mają fizykę. Jak to się łączy z pekińczykami? Na dwa sposoby, które odkryłem w ciągu mojego pracowitego dnia.

5

Po pierwsze, według legendy pierwszego pekińczyka stworzył Budda, gdy lew zakochał się w marmozecie. Para pragnęła konsumpcji, więc Oświecony nieco zmniejszył lwa. W legendzie jest, że zmniejszył do rozmiaru marmozety, ale liczę, że dał mu jednak z dwa centymetry więcej, by się wyróżniał trochę spośród małpek, bo przecież ta ogoniasta panna o szerokich horyzontach nie zakochała się w chucherku, a w potworze. Po co jej taka sama jak ona marmozeta, może jeszcze na dokładkę miła? Ona chciała lwa! W każdym razie fan standardowego UFO albo dziennikarz NYT mógłby w tej legendzie widzieć opis manipulacji genetycznej. Pekińczyk ma aparycję GMO. To po pierwsze.

6

Po drugie, pekińczyki trzymane były w świątyniach jako psy Buddy. Miały łapać małe demony. Przy tym prawdziwie oświeceni wiedzieli, że psy te mają serce tak wielkie, że poradzą sobie także z demonem dużym. Niewykluczone więc, że gdy wchodziłem zamyślony do piekarni, poprosić o pekińczyka, tamten kosmiczny pies obrócił się jeszcze i w duchu dialogu międzyreligijnego kłapnął zębami na jakimś niewidzialnym cieniu, ocalając mnie. Widzę, jak ten pekińczyk niszczy demona i odchodzi, i macha swym krótkim ogonem, niepojęcie zadowolony z obronienia człowieka.

uwagi

  1. Mają całkiem zjawiskowe kity te kosmiczne, duchowe psolwy 😮 Japończycy robią je u siebie tak: https://pl.wikipedia.org/wiki/Komainu w sumie nigdy nie zwróciłem uwagi na ich podobieństwo do pekińczyków, choć pyski mają równie płaskie 😀

Leave a Reply