Dwanaście, Marcin Świetlicki

Dwanaście Świetlickiego skończyłem tylko dzięki głupiej dyscyplinie czytania do końca zaczętych książek. Pierwsze strony przypomniały mi prace, jakie powstają, gdy pani od plastyki zapowie konkurs antyalkoholowy – zawsze powstanie co najmniej jedno morze wódki ze smutnym człowiekiem siedzącym na plakatówkowej, na wpół zatopionej butelce. Takie morze, o czym nie wie dziecko i pani nie wie, ma za swe wybrzeże kryminalną prozę Świetlickiego. Tam brodziłem pośród piasku z krakowskich kamienic i z rękami w kieszeniach dumałem o tym, co kiedyś Świetlicki dał mi w wierszu, a czego teraz w prozie nie umiał, wahał się i dał aż na końcu.

Nie do przejścia wstęp

Nie mogłem doczytać „Dwanaście” do końca, a przecież kiedyś napisał Świetlicki wiersz, który czytałem dwieście razy. Wiersz o poczęciu człowieka, które, jak się domyślałem niedługo po moim własnym poczęciu, miało miejsce w Piaskach. To sprawa lokalnego patriotyzmu – Izrael ma Ksiegę Rodzaju, a województwo lubelskie wiersz Świetlickiego, myślałem. Z miłości do tego wiersza pod tytułem „Wstęp”, który otwierał debiutancki tomik „Zimne Kraje” i jeszcze do tego wierza o miejscu, gdzie przychodzą umierać koty, sięgnąłem po kryminał Świetlickiego i po jego brzegu chodziłem, i po trzydziestu stronach zamknąłem. Minęły dni, słonko krążyło, padały i schły deszcze, ludzi grzebano na Lipowej i gdy setny raz ktoś mylnie zadzwonił na mój domofon z numerem 12, chcąc załatwić pogrzeb nie wiadomo dlaczego stwierdziłem, że pokończę, co napoczęte. Wziąłem czytnik i wróciłem do „Dwanaście”.

„Dwanaście” Świetlickiego to krakowski kryminał

Kraków (miasto, które w legendzie połknęło smoka wawelskiego, bo szewczyk ubrał go w ornat biskupa i odtąd ludzie ubierają się tam ładniej, niż w Warszawie) w prozie Świetlickiego leży przy ujściu Wisły do morza wódki. W lokalu Biuro schodzą się marynarze, emerytowani muzycy, Ćmy, a nawet, jak pisze Świetlicki, poeta Świetlicki tam chodził, dopóki o nim nie napisali. Najważniejszy jest jednak Mistrz i to on najwięcej pije, aż suka od niego ucieka, aż mu się przydarzają różne rzeczy, zwidy i nie zwidy. Wesołe to jak pijak śpiący w pociągowym przedziale, który się budzi, by umilić wleczenie się przez spalony słońcem kraj swymi opowieściami. Świetlicki to wyczuwa, więc mniej więcej od jednej trzeciej „Dwanaście” stara się wzbudzić w czytelniku sympatię do Mistrza. Jak to robi? Prezentując go na tle Adama Zagajewskiego, Pilcha (czy trafnie odczytałem aluzję?), środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Gazety Wyborczej” i im podobnych smoków w ornatach. Jest to ewidentnie powieść sprzed obecnych czasów, bo barany i szewczyki, co  zepchnęły te gady do defensywy, są w niej mało obecne. Jest w niej natomiast parada jamników z nutą „Dziadów”. Świetlicki wiele robi, by oswoić czytelnika z niełatwym Mistrzem. 

Krakowski kryminał powoli do siebie przekonuje

Oswojenie z bohaterem „Dwanaście” Marcina Świetlickiego zachodzi przez zasiedzenie. To najmocniejsze prawo kosmosu, ludzie lubią to, co znają i też temu prawu uległem i od połowy powieści, czyli mniej więcej od parady jamników, zacząłem interesować się losem Mistrza. Przeczytałem, że się mistrz pożegnał z Mangiem i pozostawił go za barem Biura i poszedł w miasto uspokoić się, by nie powiedzieć mu czegoś nieprzyjemnego. A tutaj okazało się, że tej niedzieli na Rynku większy jeszcze niż zazwyczaj był tłum. Tłum ustawiony w dwa szpalery. Oczekujący nerwowo. W pełnym słońcu. I stanął mistrz i też zaczął oczekiwać. Żeby się do ludzi zbliżyć. Żeby się nie czuć aż tak wyobcowanym. I czekał wraz z tłumem. Razem z fotoreporterami. Razem z telewizją. Nie wiedział, na co czeka, ale zaczął sobie wyobrażać, że w mediach zapewne był przeciek, że to Mesjasz nadejdzie. Skoro wybrano już nowego arcybiskupa Krakowa, to ewidentnie już pora na Mesjasza. I stał, pocił się w pełnym, wrześniowym słońcu – i czekał. I naraz trąby się odezwały. I policja na motocyklach jako straż przednia pojawiła się. I nadszedł pochód jamników. A to za górala, a to za pszczółkę, a to za Batmana, a to za pielęgniarkę, a to za krakowiankę, a to za niemowlę, a to za muszkietera, a to za księdza poprzebieranych. I szedł ten pochód jamników przez Rynek, a tysiące widm jednocześnie szły z pochodem i podziwiały. A na estradzie witał jamniki przedstawiciel władz miejskich i naczelny krakowskiego oddziału Gazety Wyborczej. I mistrz przyglądał i przysłuchiwał się temu wszystkiemu z zadumą i głęboką, niepokojącą refleksją. Bo niby wesoło było i świątecznie, ale duszno niezmiernie. Jak przed burzą… Hmm, pomyślałem sobie, gdyby nie zbyt sztampowe zakończenie burzą, oto mam przed sobą najpiękniejszy opis psiej procesji w całym morzu literatury. Nie zmienia to jednak wydźwięku książki, którą streszcza w zasadzie to zdanie: nastały złote, ciche, słodkie dni wrześniowe. Wypełnione spacerami po mieście, które kończyły się niesmacznymi pijaństwami, z których nie wynikało kompletnie nic. 

Niby w „Dwanaście„ nic nie ma. Niby

By pijak, z którym musisz jechać w gorącym przedziale aż do Zakopanego albo innego przedsionka piekieł był prawdziwie niezapomniany, musi zrobić coś więcej, niż zwykle robią pijacy. Gdyby, na przykład, okazało się, że taki pijak przemawia do Ciebie księdzem Tischnerem i tłumaczy Ci, czym jesteś, jak w wierszu Świetlickiego „Gowin sam w Nowym Jorku”, byłoby to niezapomniane. Jeszcze mniej dałoby się zapomnieć, gdyby leżał tam człowiek w ornacie św. Stanisława, tym ubieranym na procesję na Skałkę, o, to wówczas wrażenie byłoby niezapomniane, poruszony byłby nawet najzaciętszy antyklerykał, nawet wróg Kościoła, jak Urban, zaciągnąłby firanki w przedziale, by osłonić nagość ojca, a może nawet przyniósłby spragnionemu wody, by pił ugaszając wewnętrzne morze płomieni. Myślę, że każdy by przyniósł, bo wszyscy jesteśmy tylko Polakami, a więc też po trochu jesteśmy z Krakowa. Świetlicki o tym wie i wie o tym jego pijący mistrz, tak, że na końcu nie ma się wyjścia i lubi się to jego „ohoho”. Zawsze zresztą należy lubić ludzi, którzy oprócz powszedniej ludzkiej beznadziei mają w sobie jeszcze coś, bo nic od takiego lubienia nie sprawia większej przyjemności ich autorowi, czyli Bogu. 

Dyscyplina czytania do końca i jej owoce

Opisany podwyżej przykład z kardynałem to oczywiście czysta fantazja, bo kto to widział purpurata w pociągu? Natomiast widziałem wiele tekstów zyskujących w miarę czytania i tak jest z „Dwanaście”, chyba sam Świetlicki w miarę pisania się do swej powieści przekonywał. Także wolno przeczytać tę opowieść o mistrzu i powodzi wódki w Krakowie, oby tylko nie wbić sobie do głowy na zawsze, że czytanie każdej zaczętej książki aż do końca to mądra dyscyplina. Takiej dyscypliny wolno używać zdecydowanie jedynie jako pretekstu.  

uwagi

  1. A-ha! Czyli jednak dokańczasz 😀 Dzięki za wpis, nie znałem tego autora, jakkolwiek głupio to przyznać, jak o nim czytam.

Leave a Reply