Grandhotel, Jaroslav Rudiš

W „Grandhotelu” Jaroslava Rudiša miłość walczy z masturbacją, ale nie dlatego jest to najbardziej polska z czeskich powieści. To oczywiście wada, ta polskość. Widać ją już w wyborze miejsca akcji – tytułowego hotelu o historii skłaniającej do rozliczeń. Nieraz słyszałem w reportażach z Czech, że Czesi mają w końcu dosyć swego śmiechu, a tęsknie spoglądają na to, co trzęsie ich sąsiadami. Gdyby jednak „Grandhotel” był tylko kazaniem o czeskich dziejach na polską modłę wykrzyczanym, nie byłoby o czym pisać, zostawałoby tylko otoczyć Jaroslava Rudiša modlitwą. Na szczęście, w „Grandhotelu” rozliczenia są jeszcze na wesoło, jeszcze w czeskim sosie podane, z Muzeum Bloku Wschodniego, emerytem z Luftwaffe z puszkami pełnymi kolegów oraz z Fleischmannem, o którego Siły witalne walczy wspomniana miłość.

Portier i jego Grandhotel

Nazwisko głównego bohatera, w którym masturbacja walczy z miłością, Fleischmann, kojarzy mi się z nazizmem, choć to po prostu niemieckie nazwisko, a też nazwa firmy produkującej wagony modelarskie, szczęśliwie niezdatne do przewozu ludzi. Fleishmann z „Grandhotelu” nie ma imienia, trochę jak człowiek wieziony na śmierć. Fleishmann, trochę jak starzec, mimo dwudziestu lat żyje pogodą, wpatrując się czasem w chmury, a czasem w zdjęcia pogodynek i podglądając przez dziurkę od klucza ludzi, którzy w Grandhotelu przekraczają nieprzebyte dla niego granice. Czasem też sprząta tam, za co nie płaci mu wychowujący go wuj, który drzewiej, w latach świetności głaskał po policzkach cały Blok Sowiecki. Dlatego nie lubi Fleischmanna, waligruchy, jak go nazywa, nie rozumiejąc, że jest on ofiarą historii, jaką symbolizuje budynek Grandhotelu zbudowany na miejscu starego niemieckiego schroniska. Budynek zresztą sam w sobie jest ciekawy i kandyduje nawet do tytułu światowego dziedzictwa ludzkości, co nie dziwi, gdyż podobnych do lejka hoteli ludzkość nie postawiła zbyt wiele. Każdy, kto przeczytał powieść Rudiša ma obowiązek pojechać tam, stanąć na szczycie u stóp sowieckiego lejka, którym góra Jested leje się w niebo, popatrzeć stamtąd na Liberec i pomyśleć sobie, „o, przeczytałem o tym”.

Futurystyczny lejek

Grandhotel naprawdę góruje nad Liebrecem, naprawdę stoi tam krzyż z przekrzywionym Panem Jezusem i pewnie, jak w książce, nie brakuje tam chętnych na rozbrat ze światem, czyli na samobójstwo, a niewykluczone, że tamtejsi portierzy też mają probleem z czystością i tożsamością, że dostają z Niemiec listy, których nigdy nie otwierają, o co jednak (porada turystyczna) nie wypada pytać. Na pewno atrakcją dla gości Grandhotelu są, jak w powieści, chmury, których widok z górskiego szczytu ma w sobie coś z czytania dziecięcych rymowanek Pana Boga, który pierwszy zauważył, że góry i chmury rymują się co do wysokości, przepastności i tego, że ludzie mają na nie tyle wpływu, co na historię i swoją wolną wolę. Przykładowo, wypędzony z Sudetów po wojnie Niemiec, który wraca do Liberca z kolegą w puszce, czy Sobie ten powrót wybrał? A kto ma w nosie wojnę i wypędzenia, a szuka tylko czeskiej żony, czy to szukanie nie jest w nim chmurą i górą, piękną i pojętą chyba tylko przez Pana Boga? Jaroslava Rudiša aż tak teologia nie pociąga, ale czuć czasem w tej powieści, że zupełnie po polsku, teologia i pisarz mają się ku sobie.

Tradycyjna zupa z Liberca w lejku gotowana

Jeśli porównać powieść „Grandhotel” Rudisa do zupy, to garnek ma formę lejkowatego hotelu, a w środku mnogość ludzi i tematów, A nad nimi stoi Fleischmann i opowiada. Miesza tam przeszłość z teraźniejszością. Nie tylko bowiem dzieje są ważne, ale i problemy współczesnego świata nie umknęły uwadze Rudiša. Jak piszą poważne portale, świat ma obecnie problem z mężczyznami, którzy czują obawę wobec kobiet i wyzwań życia, i wegetują na pograniczu druku i erotyki, nie sadząc drzewa, nie budując hotelu, nie płodząc niczego, co mogłoby pójść w ich żenujące ślady, grając za to w gry, lub kultywując małe hobby, w rodzaju Fleischmanna fascynacji chmurami. Gdy piętnaście lat temu byłem w Ostrawie, zauważyłem, że w tamtejszych kioskach były miliony gazet hobbystycznych. Sposobem ludowego filozofa łączyłem to z tym, że Czesi nie chodzą do kościoła i hodowlą rybek lub tworzeniem kolejowych dioram walczą z ziejącym przeciągiem egzystencjalnej pustkI. Na szczęscie nie pisałem wtedy, a iRudiša nie poszedł w polskość aż tak bardzo i nie uprawia filozofii ani teologii, nie licząc tego, co pisze o miłości. Nie jest tak, jak wrzeszczy wuj Fleishmanna, że wszystkich wrogów pokona tylko z Libereca Slovan! Ale raczej rację przyznaje autor powieści „Grandhotel” Pawłowi z Tarsu i Owidiuszowi – tylko miłość kładzie wszystkich. Pokazać miłość w jej wszechmcy i słabości to wyzwanie, Rudisowi w Grandhotelu pomaga motyw pięknej i bestii, niczym w dzwonniku z Notre Dame. 

Nie ma czeskiej zupy bez ognia i bez zamieszania

”Grandhotel” ma fabułę, zaskoczenia swoje ma i sporo się w nim dzieje. WIdać też w nim czeską fascynację przedmiotami, która sprawia, że gdy czytamu u Hrabala, że Dzieciątko Jezus leciało nad miasteczkiem, to widzimy rumiane Dzieciątka policzki, a gdy wpadnie nam w ręce w antykwariacie na Jasnej atlas ptaków sprzed półwiecza, to czeskie nazwiska są gwarancją miłości. Miłości, która przebija z rysunków ptaków i bije na głowę wszelkie zdjęcia. Czeszki zjadają świat oczami, a światło piją jak piwo, dlatego mile się ich słucha, ogląda, czyta, co tłumaczy połowę recenzji „Grandhotelu”, gdzie ludzie są zaszczyceni, że mogli go przeczytać, jak bywa zaszczycony człowiek pysznymi kiełbaskami i dzbanem staropramena. Ale jest i druga połowa recenzji i ona brzmi zawodem. Po skończeniu „Grandhotelu” także ja byłem przepołowiony i jedną nogą stałem na siódemce, a drugą na szóstkce przechodzącej w piątkę. Myslę, że Grandhotel nie udał się o tyle, o ile jego elementy większe są od całości. To, co bawi na kolejnych stronach nie zawsze je łączy. Rudis chciał je polłączyć samym Fleiuschmannem, bohaterem na wzór żywego człowieka i tu pobłądził. Lepszym wyborem byłby wuj, co sypiał z całym Układem Warszawskim, a najlepszym pewna dziewczyna, której optyka patrzenia na Fleischmanna zmieniała się. Sam Fleischmann w swoim dziwactwie przypomina Forresta Gumpa, ale o ile tego drugiego idiotę los miota, aż zrobi zeń bohatera, o tyle Fleischmannem miotają jego myśli, nie zawsze normalne. Oglądany bez nich, w swoich czynach Fleischmann zachowałby chyba więcej czaru, choć, z drugiej strony, nie dowiedzielibyśmy się, co myślał o pani psycholog, co myślał, jak ukrywał zwłoki, a co, jak postanowił w naturze odebrać od wuja swą pensję.

Kiepskie recenzje miewają uwagi końcowe

Warto zaznaczyć, że to przychylna pisarzowi recenzja. Jasne, nie jest to zjawiskowa literatura czeska, dziewiczo wolna od tego, co nam Polakom, w duszach trzeszczy, dlatego tak przepyszna, tak zawsze smakująca. Tym niemniej! Jaroslava Rudiša warto czytać nawet, gdy robi swą literacką zupę w lejku, dodaje rozliczeń, a nawet szczyptę morału, gdy leniwie miesza i za krótko gotuje. Bo składniki ma ciekawe! Inaczej jak wytłumaczyć, że cały ten „Grandhotel” noszę teraz w głowie? Coś w tej książce widocznie jest, skoro dziś inaczej patrzę na lejki, a nawet na blok Sowiecki, a małymi czopkami z hotelowych wizytówek dokładnie zatkam hotelową dziurkę od klucza, gdy w końcu ruszę do Czech. 

uwagi

  1. Z tym chodzeniem z jakimś dziełem w głowie to bywa różnie – ja czasami noszę jakieś nie dlatego, że coś w nim się kryło dobrego, a przez rozczarowanie i roztrząsanie źle napisanych postaci lub dziur logicznych w scenariuszu 😉

Leave a Reply