Ludzie dobrzy, tylko naród nie lubi drzew

W Zielone Świątki wzdłuż Lipowej ludzie protestowali w obronie drzew. Walce ich kibicuję, choć mam ją za przedwczesną. Dlaczego? Naród nie lubi drzew. Gdyby sam prezydent Żuk stał za usuwaniem drzew, lub radni, można by przemóc ich, by lipowa pozostała lipowa, miłorzębowa i klonowa na raz. Ale te drzewa chce wyciąć polski duch narodowy, a to twardszy wróg.

Dlaczego warto zachować w mieście drzewa?

Ludziom z Lipowej nie idzie, rzecz jasna, o blokadę produkcji mebli i papieru. Nie zajmują się drzewami z działek, choćby deweloperskich. Chodzi im o te wspólne. Uważają, że każde drzewo w środku miasta to nieco czystsze powietrze, mniej pyłu i mniej dotkliwy piekarnik, gdy spadnie z nieba żar. Mają rację. Jednak racji tej nie weźmie pod uwagę nikt, ani w Lublinie, ani gdzie indziej w Polsce. Dlaczego? Bo to rozum, a emocja jest inna. Zdecydowana większość Polaków chce wycinki drzew. Nie tylko chcą tego, żeby ulice były maksymalnie szerokie, a leśnik miał zawsze rację w sporze z ekologiem, choć to oczywiście też. Chcą zniknięcia drzew. Dlatego niezliczone miasteczka kostką pokryły swe parki. Obserwuję to od dziecka, ze strachem i fascynacją, jak mój naród nie lubi drzew. Wiecie, ile język polski zna synonimów słowa drzewo? Zero.

Chłopski my naród, co drzew nie lubi

Nie lubił drzew i lasu chłop od pokoleń i miał swoje powody. Zarośnięte brzezincem czy dębowcem pole to blizna po wojnie, to opuchlizna głodu. Na starych zdjęciach miasteczka i wsie wolne są od drzew. Zima, a kiedyś bywały zimy, wyszczerzyła kły i upadało drzewo na ogień. Żałować go to jak żałować grubej świni, albo dziecka, które trzeba było puścić na wodę. Dzisiejszego naszego humanizmu tam pakować między te choroby, te płaskoziemstwo, tę rozpacz, nie ma sensu, wlazłby tam jak w szpilkach na Giewont. Chłopi mieli do natury stosunek karczowniczy, jak to wyśpiewał Grześkowiak. Żyli z niej. Jeszcze do niedawna, jak pisze wieszcz Adam, w kraju nie było nic prócz wielkich, wspaniałych drzew. Cała Polska po Litwę to była ulica Lipowa. Być może rację mają Litwini, że Mickiewicz o nich, a nie o nas pisał, bo w „Panu Tadeuszu” znać bałtyjski kult drzew. Kult obcy nam, potomkom chłopów, choć trochę znany plebanom i rycerzom.

Właścicielu niewolników, siądź pod mym liściem

Fraszka na Lipę Jana z Czarnolasu to utwór o próżnactwie, leżał sobie miś pod lipą i rymując, popijał węgrzyna. Pszczoły i chłopy na niego robiły. Polska szlachta żyła z niewoli, nawet najlepsi jej synowie tak żyli, jak Jan. No, on to się chociaż wierszami wypłacił. Większość rycerzy pod tymi lipami tylko chlała, trzeźwiała i pierdziała w poszycie, gubiąc tym małą faunę. Drzewa były symbolem ich władzy. Nieczęste były zimy, gdy musieli ścinać swe rodowe parki i sady. Raczej sadzili, kładli jak w hesperyjskim sadzie na pamiątkę chrzcin i wesel. Taki był szyfr drzew. W „Ziemi Berneńskiej” pisze Stempowski o wielkim kodzie drzew. Od Gibel-al-Tarik po Krym, w calej Europie wiedziało się, gdzie co zasadzić. Lipa mogła dotykać domu, jak pierś Matki Bożej buzi Dzieciątka. Inaczej dąb, ten najlepiej daleko, na pastwisku, by nie ściągać gromu z nieba. Podobnie jak on, choć może nieco bliżej obejścia, może róść jesion, swe miejsce ma też orzech włoski i inne drzewa. Stempowski, poruszony, odkrywał ten kod na Wołyniu i we Francji. Porusza on i mnie. Też, mimo chłopskiej krwi, mam kontakt z drzewami próżniaczy, poetycki i religijny.

Rozprawa między drzewem a plebanem

Dopóki bezpiecznie siedzieli czarni na piramidzie społecznej, bezpieczne były drzewa. Święte były lipy wokół kościołów, święte pewnie na długo, zanim Mieszko cmoknął Dobrawę. Sadził kler po powrotach z Rzymu także tujki po cmentarzach. Ale ostatni kapłani wzięci ze szlachty wlaśnie umierają, długo i tak swój świat przeżyli. Ksiądz z ludu, jaki nastał, ma ludowy stosunek do drzew. Drzewa to zagrożenie wokół kościoła. To utrapienie na cmentarzu. A cmentarz to szczególnie zajadły front walki z zielenią. Miałem dwanaście lat, gdy ówczesny pleban z Biskupic wyrżnął całe zadrzewienie na cmentarzu. Jednego dnia piły rozproszyły zielony obłok. Zostało kilka tuj. Byłem chyba jedyną, poza ptakami, dwunożną istotą, ktorej czegoś ubyło. Napisałem do Kurii. Pewnie wczęśniej lub później nastąpi dzień, gdy biskup wezwie mnie na rozmowę, a wtedy, jak się spodziewam, wyciągnie także ten list sprzed dwudziestu trzech lat. Od tamtej pory, w sutannie i na świecko, widziałem to wiele razy. Święto wycinki. Pleban z piłą to jednak tylko ręka. Głową jest lud.

Na cmentarzu zamiast liści leżeć będą ekolodzy

Nie może być tak, że liście i igły spadają na groby. Że sra na kochanego ojca, matkę, dziadka, babkę, ptak. Że robak ich je, to z oczu, o tym tu nie mówimy. Ale ten lepki brud na marmurze, te liście! Wojna Polaków z drzewami na grobach to wieczny Grunwald. Bo, proszę księdza, to drzewo podnosi róg pomnika. Trzeba wiercić dziury, trutkę lać. Warto podciąć korzenie, zalać naftą, a jeśli, jak w tym roku, kwiecień jest suchy, można zaprószyć ogień. Nie spłonie całkiem od środka? To zachoruje. Wytną i nie będzie śmieci. Ten humanizm troski o groby czasem zderza się z administracją, bo drzewa bywają prawem chronione. Ich aniołowie stróżowie to grzywna i mandat. Przyznać trzeba, że administracja nekropolii, przy której żyję, ma nawet wyobraźnię dendrologiczną i sadzi ciekawe odmiany. Tym niemniej, gdyby nie prawo, ludzie ogołociliby cmentarz w moment. Groby stałyby piękne i czyste, nieosrane, choć czasem taki blask marmuru obok zatrutego dębu może się paradoksalnie komuś skojarzyć z lśnieniem gówna. Ale to nielicznym, a krucha palisada przepisów, broniąca dostępu do pni, zaraz całkiem upadnie. Już dziś cmentarze, zwłaszcza wiejskie, wyglądają zupełnie inaczej niż dwadzieścia lat temu.

Naród ten nie lubi drzew

Największe z roślin, podnoszące swe liście ku słońcu, znośne są dla Polaka jedynie w leśnej masie, choć już nie puszczańskiej. Gdy bowiem zastępy ludu tej ziemi wzięły się za PRL za uprawę lasu, poszły w monokulturę sosny, powodując zbiorową ekstazę poprocha, strzygonia i osnuji, by nie powiedzieć – ich owadzi orgazm. Oczywiście, gdyby owych leśników, których już do tej pory zjedli na ogołoconym cmentarzu inni amatorzy, zapytać, czy lubią las, powiedzieliby, że a i owszem. Lubią las wszyscy Polacy, prezydenci wojewódzkich miast, właściciele dyskotek, profesorzy politechnik, dyrektorki prywatnych przedszkoli, biskupi i arcybiskupi, a nawet niektórzy ministrowie środowiska, trafiają się też co jakiś czas tacy lubiący prezesi lasów państwowych. Każdemu miło podumać pod zielonym baldachimem. A i grzybki przecież! Ale i rabunek ściółki rabunkiem ściółki, jak co do czego, sprzedamy las na pniu. Wielka moc zieleni nad umysłem ludzkim w polskich głowach ma swą moc, ale mierzy się z potężnym przeciwnikiem, polską, twardą jak sęk pragmatyką. Najłatwiej te stosunki ująć słowem zawiść.

Być może nie lubi też życia

W walce z liśćmi na grobach widzę zarys głębszej wojny. Dlatego napisałem, że walka o Lipową jest przedwczesna. Drzew musi zabraknąć. Bóg tak zrobił z pewnym księdzem, co chciał zniszczyć miasto – posłał na drzewo, pod którym ten ksiądz knuł, rozwałka korowca, i duchowny spuścił z tonu. Właśnie, ten Jonasz, prorok o zaciśniętych zębach! To może nie tylko nielubienie drzew? Może to obrażenie się na życie, że toczy się dalej, gdy nasi giną? Może to zazdrość wobec spokojnej istoty, jaką jest kasztanowiec? Zawiść o pogodę ducha świerka? Lipa to psalm życia, galaktyka pszczół, chwała Boża, ale u nas wszystko co piękne, pachnie herezją. Pragmatyka! To mroczna interpretacja, że u nas ludzie niepotrzebnie tną drzewa z tego samego powodu, dla którego inni ich bronią. Widzą ich kolor, ich pszczoły, wilgi oraz wspaniałą katedrę ich konarów. Czują tlen w nozdrzach. I co z tego? I to, mają tego dość. Dość życia, a to dość aż drży, tak, że plany poszerzenia ulicy czy umycia grobu chwieją się na Polsce jak listek figowy.

uwagi

Leave a Reply