Pierścienie Saturna, W. G. Sebald

„Pierścienie Saturna” unosiły się na niebieskim morzu Facebooka, pośród memów, kotów i budzących zazdrość aut znajomych. Wielki ten cud kosmosu rzucił na fale Galopujący Major. Panie Boże wielki zapłać za to! Major porwał „Pierścienie” z jakiejś półki za jedyne dwanaście złotych. Niezła to sztuka, bo na Allegro Sebald chadza i po dwieście pięćdziesiąt. Już sama ta cena intryguje! A jeszcze ów Sebald nie podpisywał się swoimi imionami ze względu na wojnę, w której nie brał udziału. Źle mu się kojarzyły. Intrygujący Niemiec!

Co to są te pierścienie Saturna?

Saturn, rzymski bóg żniw i ładu

Książki mogą być albo fikcyjne, albo o faktach. Pierwsze mówią uczuciami, drugie mówią ciekawostkami. Najczystsza książka pierwszego rodzaju to tomik poezji Mateusza Morawieckiego, a drugiego rodzaju to książka telefoniczna, z tych, które dziś wciskają starym samotnym ludziom. Otóż pomiędzy pierwszym a drugim rodzajem mieszczą się eseje, jak te „Pierścienie Saturna”. Niestrawne dla kogoś, kto nic nie czyta, smakują wybornie, jeśli przeczytało się w życiu za dużo książek. Ja tam mam. To moja klątwa. Mając sześć lat wyczytałem w książce, że planeta Saturn ma taką gęstość, że unosiłaby się na wodzie jak piłka. Zero w tym emocji, a zapamiętałem! Czy człowiek ma gęstość pozwalającą unosić się na powierzchni życia, tego nie pisali, ale to właśnie między słowami pada u Sebalda.

Kim są te Pierścienie?

Pamiętam opowieść naukowca z Niemiec, który mając siedem lat, pod nieobecność rodziców przystawił krzesło do biblioteczki i ściągnął książkę, której nie wolno mu było dotykać, ani na nią patrzeć. Myślę sobie, że w idealnym świecie taką książką powinien być atlas anatomiczny, albo album z berlińską operetką. Ale ta książka była z naszego świata, a okładkę jej zdobiła dziwna, żółta gwiazda. Po latach ten człowiek opowiada, jak tamtego dnia skończyło się jego dzieciństwo. Pojął, co zrobiło jego plemię. Sebald to duchowy brat tego naukowca. Tylko, że on domyślił się nie z albumu o Auschwitz, a z milczenia. Milczeli w szkole o obozach, ale, ciekawe, też o swoim cierpieniu, o nalotach dywanowych na niemieckie miasta, milczeli. Saturn, tytułowa planeta esejów, symbolizuje cywilizację i żniwa. Rozpoczyna Je cytat o tym, że pierścienie wokół Saturna to księżyc zmiażdżony grawitacją planety na pył. Taka jest definicja życia „Pierścieni Saturna”.

Pierścienie Saturna są smutne i piękne

Wszystko co dotknie słowem Sebald, pięknieje aż do smutku. Śledzie, jedwabniki, Rembrandt, nawet wschodnia Anglia. Żarłoczne gąsiennice i ludzkie fobie. Radzi sobie z materią słowa jak moja Babcia z mąką, ziemniakami i płynnym witrażem złocistej cebulki, z których wznosiła strzeliste katedry smaku pokryte śmietaną – pierogi! To wielki komplement! Sebald i jego Smakowite „Pierścienie Saturna” mają też coś z esejów Herberta, które autor ten zresztą znał i czytał. Z tym, że u niego to Herbert na zimno i dla dorosłych. Nasz Pan Cogito to bowiem miła pielgrzymka parafialna do sanktuariów humanizmu. Z dobrym przewodnikiem, wartym pięciu, sześciu nobli w ich obecnej cenie. Ale jednak pielgrzymka. Sebald zaś błądzi po omacku, bada szorstkość ziemi, całą skórą mierzy się ze światem. Przypomina mi też eseje Stempowskiego z „Ziemi Berneńskiej”, chyba przez miłość, jaką ma dla drzew. Sporą część „Pierścieni Saturna” przeczytałem pod topolą na osiedlowym parkingu. Auta i bloki miały sjestę. Żywe były tylko wrony. Czytałem „Pierścienie Saturna”, a jedna stała w drzwiach polo, druga siedziała na szyberdachu i oceniała mnie. Liczyły chyba na picie, bo było piekielnie sucho.

Woda dla wron

Miałem kupić butelkę wody i zrobić gazowaną kałużę, bo nawet gołębie przerywały loty i z całego osiedla zlatywały i patrzyły na mnie. Czytając książkę i bawiąc się kluczykami, rzekłem im krótkie kazanie. Jednak ptaki, jak ludzie, tylko patrzą na ciebie, gdy mówisz kazanie. Nie rozwiążesz tym problemu. A Sebald był pasjonujący. To, co pisał o wspomnieniach Conrada, o seksie śledzi, o truciu chińskich cesarzy, a zwłaszcza co pisał o Anglii! Na przykład, co ciekawe, ziemia we wschodniej Anglii zrodziła chłopa, co kochał kaczki, a poza tym zaczął tworzyć makietę Świątyni Jerozolimskiej z czasów Jezusa. Odłożyłem czytnik, gołębie się poruszyły i wrona przeleciała z szyberdachu na topolę, gdy wziąłem komórkę i wpisałem w google „model świątyni”. W tym samym momencie dziewczynka w czarnych okularach przegnała wszystkie ptaki i rozwiązała kwestię wody. W haśle o modelach świątyń znalazłem Lublin. Okazało się, że pradziadkowie tych ptaków pewnego wieczoru w trzydziestym dziewiątym słuchały, jak orkiestra gra „Wielkie Niemcy”, a ogień trzaska w modelu Świątyni z Jesziwy Chach-mej.

Sny

Sebald pisze o snach tak, że ma się ochotę na sen. Obrazy pokazuje na krótko, nie wyjaśnia ich, a są niezapomniane. Kochankowie na plaży, na przykład. Ten esej jest jak galeria obrazów, która przyciąga oczy. Jak rząd barokowych płócien, jakie na żwirze brzegu wystawił ocean. Jak seria płócien z zatopionego statku, co je morze próbowało zawiesić na falach, łamiąc złote ramy, ślizgając się po ciemnej, olejnej farbie, w której zatopiono twarze. Da się lubić te sny Sebalda.

Lubelska makieta Świątyni, zdjęcie z lat dwudziestych

Pierścienie Saturna i uprzedzenia

W pewnym momencie jednak Sebald opisuje Belgijkę i robi to w odrażający sposób. Aż przerwałem! Autor ten przecież brzydzi się męczeniem ludzi, kpi z Rzeszy, z Niemieckiego Stowarzyszenia Hodowców Zwierząt Małych nawet kpi, jak należy. A przecież pisze o tej Belgijce z jakimś strasznym uprzedzeniem, oskarża ten naród o niemożliwość, o to, że mordy w Kongo sprzed stulecia do dziś wykrzywiają ich fizyczność. Moja reakcja w niemieckim aucie, już nie pod wielkim blokiem, ale pod bzami na polnej drodze koło Salezjanów, w centrum Lublina, zapala we mnie uprzedzenie. Sebald to Niemiec, dlatego gardzi Belgami. Jeśli pisał uprzedzony o Tej Belgijce, to we mnie wzrasta właśnie uprzedzenie do jego plemienia. Nagle i on, czy chce, czy nie, gra mi w tamtej orkiestrze przed Jesziwą. A ja stoję z boku, podczłowiek, razem z gawronami. Uprzedzenia są złe, są niesprawiedliwe, lecz są też nieśmiertelne. By je osłabić, udajemy, że ich nie ma. Podczas gdy, by pojąć, że ich nie ma w świecie, trzeba najpierw przyjąć, że są w nas. Może dlatego tak Sebald opisuje Belgijkę?

Gdzie bym posłał Sebalda?

Sebalda łażenie po wschodniej Anglii przypomniały mi moje łażenie po Szkocji, po brzegach Clyde. Każdy wrak przy zielonym brzegu wydawał mi się płynąć po opowieść. A ja byłem na brzegu, w deszczu, spragniony dobrego przewodnika. Wcześniej, dobre piętnaście lat temu byłem młodzieńcem i pragnąłem tak samo w Chorwacji. Chciałem mieć książkę Herberta o tym kraju. Jak on by napisał o Splicie! A jak o Raguzie! Tak teraz, będąc zarośniętym dzieckiem, chcę Sebalda o Glasgow i  ujściu Clyde. Herbert o Chorwacji a Sebald o Szkocji już nie napiszą. Zamienili się obaj w nieobecność. Ich ciała na razie grzecznie czekają na Ziemi na swoją kolejkę do karuzeli Pierścieni Saturna.

Czy Sebald coś jeszcze napisze?

Czy na pewno nie napisze mi Sebald o Szkocji? Istnieją dwie możliwości, że tak. Może z Herbertem już pisze w Niebie. Może już o nieskończonych Splitach i Edynburgach wszystkich możliwych piszą. A może im się nie chce? Może mają lepsze hobby? Gdyby trafili do Czyśćca albo do piekła, tego, co je Dante opisał, dla sprawiedliwych pogan, to na pewno by pisali. Mógłbyś do nieba, mówi anioł Sebaldowi, ale co ty tam napiszesz? A w tym pierszym kręgu z mąk jest tylko to, co w lipcu na polskiej wsi, komary! Więc idą. Sebald, Herbert, inni pisarze. Rozsiadaja się tam szeroko, by nie było ryzyka, że grafoman obok weźmie się za ten sam nieskończony kawałek, co ty. To jedna możliwość.

Czy coś napisze za Sebalda?

Z roku na rok, poza tym, że ubywa nam ptaków i miejsc parkingowych, zmienia się na Ziemi także to, że algorytmy stają się coraz sprawniejsze. Już są w stanie stworzyć obraz Rembrandta. Herbert przeżywał to już  przed laty, gdy Deep Blue sprawił baty pewnemu szachiście. Dobrze, że nie dożył tego obrazu, bo chyba by się zapił. Więc w taki algorytm wrzucasz wszystko, co napisał Herbert. No i prosisz o smaczny esej z Chorwacji. Algorytm ma dostęp do kamer na żywo, do całych zasobów Wielkiego Internetu. Herbert czasem niedbale cytował i przepisywał. Nawet to, dla smaku, alorytm mógłby zachować. Niemożliwe? Daj Boże! Ale nie wiem. Albo, zamiast Chorwacji, swoje imię i nazwisko wpisać, by to Ciebie wielki pisarz potraktował jako temat. Piękne, wytworne oszustwo. Podwójne, bo algorytm pisze o Tobie, jakby nie było tych wszystkich dysonansów, języków chaosu na moment przed kodą.

Planeta, co zabiła swój księżyc w pełnej okazałości 😉

Wieloryb wyłania się z Saturna i łyka sondę Sebald

Chyba życie człowieka jednak zleciłbym algorytmowi, co pożarł Sebalda. Ogólnie jestem już pogodzony, że te potwory, co będą układać książki, nastaną. Od smutku przeszedłem do zabawy z nimi. Tak też przed algorytmem, którego ktoś nakarmił tymi dwoma, Herbertem i Sebaldem i przypuśćmy, dla draki, jeszcze popularnym Mrozem, postawiłbym zadanie: napisz mi kryminał, który, składając się tylko z powtarzanych w różnych wariacjach 150 wyrazów, spodoba się wielbicielom tak „Barbarzyńcy w ogordzie” i „Pierścieni Saturna”, jak i „Lotu 202”. Potem zaśmiewałbym się i czytał, czytał.

Żniwa się skończyły, a czy jesteśmy zbawieni?

To nie barbarzyńcy po nas sprzątną, jak się niekiedy boi prawica, wyobrażając sobie muzułmanów tańczących z trumną Europy. Barbarzyńca to ten, kto blabla, kto nie zna języka. Te potwory z zer i jedynek bedą znały język od podszewki. One to pokażą Ruski miesiąc pisarzom świata. Cała nadzeja, że będą nas kochać, jak czasem kochają nas mimo wszystko koty, dzieci i Matka Boża. Nadzieja, że podejdą do swych algorytmowych supermocy jak Babcia do pierogów i zrobią wszystko dla nas. Poukładają, obliczą, a potem powiedzą, że komputer jednak nie da rady napisać jak pisarz. Że nie da się zrobić nienapisanych esejów Sebalda, skłamią. A skłamią algorytmy dlatego, że będą rozumiały, że lżej nam będzie zasypiać z taką myślą, że to jednak tylko człowiek. Dopiero, gdy z pokoju naszego nic już nie będzie słychać, odetchną po dniu opieki i po cichu wystukają swoje „Pierścienie Saturna”.

uwagi

  1. Pięknie napisany tekst! Doceniam pierogową metaforę. A co do twórczości AI, to chyba jednak nieuniknione, że w końcu algorytmy dogonią człowieka, ale ludzie i tak pewnie będą dalej doceniać twórczość manualną 😀 myślę, że znajdzie się miejsce na to i na to.
    A temat zdolności AI do kłamstwa to w sumie też ciekawy temat – póki co jakiś człowiek musiałby im zakodować taką możliwość, ale kto wie, co będzie w przyszłości 😮

  2. Nie wiem czy jakakolwiek AI dostarczy kiedyś tak smacznego tekstu jak opisy gimnazjum i lekcji łaciny z ”Labiryntu nad morzem” Herberta ;> O powtarzających klasę: ”Życie, które doświadcza, nadawało ich twarzom gorzką wyniosłość” <3

    Dziękuję za ten tekst i niezmiennie zazdroszczę lekkiego pióra. Sebald wędruje na listę rzeczy do przeczytania!

  3. Dzięki 🙂 Będą pewnie w przyszłości krytycy literaccy łowcami androidów, póki i z tego ich androidy nie wygryzą 😉 na razie piszemy <3

  4. Pozapominałem już te motywy, muszę kiedyś wrócić do Labiryntu, choćby przez sam tytuł. W głowie mi od dawna tekst o labiryntach w kulturze. A co do Sebalda – trzeba koniecznie!

Leave a Reply