Joel Sternfeld, czyli utopijnie piękna Ameryka

Joel Sternfeld przedstawia się jako artysta, który fotografował utopię i dystopię w Ameryce. Urodził się w 1944 roku, fotografować zaczął za Gierka u nas, a za Forda u siebie, zrobił mnóstwo zdjęć, które, jak zdradza wikipedia, pomogły w ustaleniu fotografii jako dziedziny sztuki. Na moje oko to prawda. Teraz Joel ma 76 lat, żyje w Nowym Jorku i jeśli może chodzić, to zapewne nie przepuścił tej pandemii.

Ta fotografia Joela Sternfelda zamieszczona tu jest nie dla mego niegodziwego zysku, lecz dlatego, że recenzuję dorobek jej Twórcy.

Joel Sternfeld: utopia z dyni i ognia

Najbardziej znany obraz Sternfelda przedstawia człowieka kupującego dynie na tle płonącego domu. Widok ironiczny niczym z polskiej wsi. Tylko, że u nas strażcy otwieraliby butelkę po zapruszeniu ognia w starej stodole. To zdjęcie Joela z pomarańczowym ogniem i dyniami było podobnie prowokujące, jak to, co napisałem o naszych dzielnych ochotnikach. Budziło oburzenie i zachwyt. Oto groza żywiołu bierze sobie za męża stoicki spokój. Śmieszny mają ślub. Powaga tej bezsensownej sceny jest wieczna. Joel dowodzi tym zdjęciem, że jest godzien swego wielkoformatowego aparatu. Sprzęt wyłapywał miliony szczegółów i przez to jego obraz można studiować. Badać go, pisać o nim. Można się nawet w nim kąpać, bo światło pochmurnego dnia napełnia go jak woda. Jest wszechobecne. Tamtego grudniowego dnia 1976 roku Jan Apostoł uśmiechnął się nad stanem Wirginia. Joel dowiódł jego tezy, że Bóg jest światłością. Kto inny bowiem potrafiłby tak naświetlić kliszę? Uśmiechali się też, patrząc na zdjęcie Joela Amerykanie, przerywając na chwilę pogoń za dyniami w swej płonącej utopii.

Portret amerykańskiej utopii. Purytanie

Utopia to świat na nowo wymyślony. Ameryka, gdzie Joel Sternfeld utopii szukał, sama jest taką utopią. Światem wymyslanym z nadzieją, że będzie lepiej. Ameryka zaczęła się jako wielki eksperyment społeczny. Z Europy ściągali tam bowiem ciekawi ludzie, heretycy i odszczepieńcy, wszyscy z pomysłem na Nowy Świat. Mówi się o czterech plemionach, jakie przypłynęły z Anglii. W słynnej książce „Abion’s seed” David Hackett Fischer tłumaczy tymi plemionami całe Stany Zjednoczone. Dziś te cztery te plemiona zlały się w dwa, niebieskie i czerwone, które wspierają dwu starych drani w wyborach na prezydenta, Bidena i Trumpa. Plemiona, których potomkowie dziś zagłosują na niebiesko, to potomkowie purytan i kwakrów. Oba te szczepy wierzyły w utopię, czyli wzięcie ludzkiej natury w karb. Purytanie to silna religia, nacisk na czytanie Biblii. Surowy chów. Ich Pan Bóg nie mówi za wiele o swoich uczuciach, chyba, że akurat pali miasto, bo ktoś założył inny kapelusz, bo kapelusze najlepiej, gdy są czarne, uważali purytanie, zakładali je jednocześnie i szli na czarownice z Salem. 

Kwakrzy i jeszcze większa utopia

Kwakrzy to inny chów. Zdecydowanie Nowy, nie Stary Testament. To też religia, ale miękka. Tolerancja, pacyfizm, miłosierdzie i miłość poprzedza Kwakrów. Są niczym zen w swej pochwale prostoty. Ale też, jak purytanie, kładą nacisk na naukę i pracę. Te plemiona stworzyły razem Wschodnie Wybrzeże Stanów. To one stworzyły ich przemysł, ale też one wprowdziły prohibicję. Dziś dowodem, że ich idee się wymieszały, jest polityczna poprawność, czyli palenie białych czarowników na kanwie tolerancji. Nie chodzi mi tutaj o ludzi, ktrzy protestują przeciw biciu biednych, Indian i Czarnych, co dalej jest w USA popularnym sportem, ale o wrogów wolności słowa, o tych, co robią Dni Różnorodności, podczas których biały mężczyzna nie może przyjść na uniwersytet. W „Albion’s seed” oba te plemniona są dokładnie opisane, a dzięki Joelowi możemy pooglądać ich potomków. Jego zdjęcia są pełne purytańskiej powagi i zgody na różnorodność, jaką kochali kwakrzy.

Plemiona przeciw utopii. Rycerze i dzikusy

Plemiona czerwone są jeszcze ciekawsze. To one głównie zasiedlają wielkie przestrzenie Sternfeldowskich fotografii. Tylko, że to nie utopia, to raczej ludzie w stanie naturalnym. To Kain, Abel ze swoimi siostrami, pistoletami, burbonem i trzodą. Nie tylko heretyków bowiem wyganiano w siedemnastym wieku z Anglii, lecz także pieniaczy. Zbuntowanych rycerzy i dzikusów z pogranicza. Zbuntowani rycerze osiedli na Południu i odkryli, że nie mają poddanych. Kupili ich sobie w Afryce i sprowadzili, połowę zabijając po drodze. Kultura rycerzy, jak widać, zasadza się na honorze. Poza tym na polowaniu, sentymentach, nieznajomości pisma i adekwatnej do tego dumie, coś jak u naszej szlachty. Rycerze owi wydali jednak ludzi na miarę Washingtona i Jeffersona, niepodległe indywidualnosci o ostrym piórze, znów, trochę jak Sarmaci. Rycerze ci podnieśli bunt w 1863 roku przeciw kwakrom i purytanom z Północy, którzy chcieli okraść ich z niewolników. Kwakrzy i purytanie nie żałowali ani swoich pieniędzy, ani swojej krwii. Rycerze przegrali więc wojnę. Potęga południa, Dixielandu, została złamana, ale do dziś się tli. Nadal można tam strzelać do Murzynów z nadzieją, że ława przysięgłych zrozumie. Z drugiej strony, coś tam i oni odkupili, te blade synki z Virginii, strzelając celnie w hełmy z dwoma S podczas II wojny.

Czerwone czapki przedutopijnych stworów

Rycerze w większości zagłosują na Trumpa. Ale nie tak wiernie jak ostatnie plemię z pogranicza, borderlandsi. Anglia i Szkocja na tyle długo wojowały, że pomiędzy nimi wykształciła się swoista kultura ludzi, którzy skóry wrogow suszyli na dachach jak fasolę. To ich stosunek do alkoholu sprawił, że purytanie wymyslili prohibicję i namówili na nią kwakrów. Dzikusi mają cudną muzykę, jaka jeszcze brzmi w Apallachach. Ich stosunek do nauki oddaje muzeum kreacjonizmu w naturalnej wielkości Arce Noego. Poza tym są gościnni, kochają ziemię i wolność, a do komunistów i innych utopistów strzelają.

Stereotypy na temat największej utopii

Czy te plemiona istnieją? Czy naprawdę miały takie znaczenie? David Fischer to dobry historyk, a jego cztery fotografie z rodzinnego albumu Ameryki składają się z małych, nieraz całkiem różnych ziarenek. Mnóstwo innych plemion przecież tam zjechało, nawet dumne plemię Polaków do Chciago. Fischer nie uprasza, tylko rozróżnia. Joel zaś ilustruje mozaikę Ameryki niezliczonymi szczegółami, dodając na koniec naszych twierdzeń i obserwacji zbawienne „ale”. Plemiona są pomocnym, ciekawym ale jednak stereotypem. Robi się ciekawie dopiero, gdy poza nim ujrzy się ludzi i ich świat. Stąd fotografia Joela Sternfelda, wyrażająca wiarę w to, że człowiek może dostrzec coś spoza stereotypów, sama jest trochę utopią. Pokazuje Amerykę naga, jak ją Pan Bóg stworzył. Ameryka okazuje się piekna.

Nie ma przypadków, są tylko dobre fotografie

Pierwsze zdjęcie Sternfelda znalazłem przez przypadek. Kliknąłem nie ten link, co chcualem na reddicie. Trafiłem do wątku, w którym były zdjęcia ludzi, po których wykonaniu stało się coś złego. Joel i taką serię bowiem wykonał. Na jednym chłop wypoczywa u stóp wulkanu, na innym miś idzie lasem, i tak dalej. Rzucilo mi się w oczy, że także bez tła, bez opowieści o morderstwie czy porwaniu dalej byłyby to ciekawe zdjęcia. Nawet zupełnie nieciekawe zdjęcia to u Sternfelda arcydzieła. Na przykład słupek drogowy w pokrzywie. Jest spokojny i szary, i piękny, a pokrzywa złota, zielona i piękna. Ani śladu tego, do czego kultura popchnęłaby każdego innego fotografa, ani śladu lamentu nad przemijaniem słupków drogowych, albo nad zasmiecaniem nimi planety. Facet zdecydowanie nacisnął spust z powodu, dla którego Pan Bóg pozwolił istnieć światu. To skusiło mnie do zwiedzenia całej jego strony i okazało się, że ten słupek w pokrzywie nie był przypadkiem. 

Joel Sternfeld: mapa i terytorium

Joel Sternfeld i jego utopia spadli mi z Internetu niby przypadkiem, ale we właściwym momencie. Czytam właśnie „Mapę i terytorium” Michaela Houellebecqa. W książce tej Jeb Martin fotografuje mapy samochodowe. Jak to brzmi! Ale jak wciąga! Przez tę książkę moje meble, trzy kaktusy, pięć papryk i młynek do kawy myślą sobie, że jestem świr. Co pięć minut wykrzykuję bowiem, „ależ, potrafisz pisać, franacuski świntuchu” i inne takie. Houellebecq opowiada o fotografii jako o wielkiej sztuce. W książce są świetne opisy tych fikcyjnych zdjęć nieistniejącego fotografa. Zaczytany nimi, trafiłem na stronę Joela Sternfelda. Może nie od razu powieścią, ale każde z jego zdjęć z cyklu o utopijnych społecznościach rozrzuconych po Ameryce, mogłoby być opowiadaniem. Zrobił tym przysługę Ameryce, jak Houellebecq robi ją Francji, albo Major Polsce. Nie szuka symboli i alegorii, ale jej samej, Ameryki jaką jest. E pluriobus unum. Jednością z wielości, w której każdy elemnet ma znaczenie. Jego portety sa jak krajobrazy, a krajobrazy jak portrety. Wypełnił Tym słowa gnostyckiej Ewangelii Tomasza, górę uczynił dołem, małe wielkim. Może nie weszły te wskazania do kanonu Biblii, jako nieprzydatne świętym, ale artystów widocznie uskrzydlają.

Okładka jednego z albumów Sternfelda, ze zdjęciami utopii, jakie tworzyli Amerykanie. Sądząc po włosach, tu hippisi 🙂

Dla wszystkich starczy miesca pod wielkim dachem fotografii

Jak sfotografować porzucone na kupie piasku zabawki budowlane, na tle domów? No wiadomo, jak: ironicznie, z przesłaniem! Cały świat to wie. Tak, żeby koparka wydawała się wielka, jak domy, z żabiej perspektywy, by pokazać, że oko może się mylić. No i że zabawa dziecka możne na swój sposób być wielka, a domy, w które stawia dorosły, małe. Joel Sternfeld zna inną drogę. Ustawia swój wielkoformatowy aparat, dzięki któremu wszystko będzie miało swój wymiar. Kupa piasku, zabawki i domy. Czuć trud małej ciężarówki na metrowym wzniesieniu, a zarazem widać, że to trud nieprawdziwy. A przecież to zdjecie ma wielką moc. Zrównuje pracę i zabawę mówiąc po prostu, że istnieje obiektywna prawda na temat jednych i drugich. Są jakie są. Co więcej, są częścią większej układanki świata. Dawno nie widziałem nikogo, kto uczyniłby hierarchię tak piękną. Ludzie, ich prace i dramaty mają tyle wagi i miejsca w jego obrazach co niebo, chmury, rośliny. Nigdy nie rozumiałem dobrze, co chcieli mi powiedzieć malarze dawnych pejzarzy, na których ludzie są mikrzy na tle drzew, na których widać, że to nie spięty ostrogami koń, że to nie rozmowa trzech wedrowców ma znaczenie, ale właśnie drzewo. Jego wyskojość imperator dąb, jej promienność pani lipa wznoszący swe gałęzie nad małymi postaciami. Jeśli drzewa czegoś nas tym uczą, Sternfeld odrobił tę lekcję.

Jak widać, sekret wielkich artystów to mistrzowskie opanowanie techniki i bujne włosy.

Joel Sternfeld wart jest więcej, niż obraz

Motto tego bloga, tysiąc słów warte jest więcej, niż obraz, pożyczyłem od pewnego fotografa. Odwrócił on popularne powiedzenie, by młodych z aparatami nauczyć trochę pokory. Sądząc po tym kochał swoją sztukę. Bo twierdzić, że zdjęcia ważą więcej niż słowa mogą jedynie ludzie znudzeni słowami, a więc myśleniem. Dziś jednak jesteśmy znudzeni nawet obrazami. Żyjemy w czasie fotograficznego pomoru. Jeśli Bóg jeszcze nie nakazał aniołom zasłaniać obiektywu, ilekroć smartfon czy aparat za sto tysięcy robi zdjęcie, to dlatego, że chodzi jeszcze po tej niskiej ziemi Joel Sternfeld, jeden z kilku sprawiedliwych w tej naszej sodomie formatu *.jpeg. Joel zrobił przez kilkadziesiąt lat tyle zdjęć, ile przeciętna instagramerka pstryka w długi weekend. Tylko ta różnica. Ta różnica, że ona męczy duszę, że się aż kryje dusza w człowieku, gdy na to patrzy. A Joel przeciwnie. Skatowaną jaskrawymi filtrami, wywabia duszę z nory, głaszcze ją, a jeśli wpatrzysz w jego zdjęcia, to poczujesz, jak robi jej fotografię.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony www.joelsternfeld.net, którą polecam i służą prezentacji ich Autora

uwagi

  1. Co za zbieg okoliczności – ja sobie dzisiaj cztałam o Dorothei Lange. A tu taki męski punkt widzenia na USA . Pozdrowienia majówkowe. P.S. Pejzarze to prowokacja?

  2. Lange! Zawsze wzbiera we mnie oburzenie na różne rzeczy, jak oglądam jej zdjęcia. Pytasz o to, czy błąd to prowokacja – niestety nie, dysleksja 😉 dzięki! Z jakiegoś powodu nie działała mi autokorekta.

  3. Kurczę, u mojego syna też zapowiada się dysleksja. Martwi mnie to.Dobrego dnia!

  4. Dzięki za te zdjęcia. Szczególnie podoba mi się ta okładka albumu jeszcze z obowiązkowym antykonsumenckim rowerem z przyczepką 😀 i zdjęcie Rush Hours ze strony. Wyraz twarzy pana na pierwszym planie wyraża wszystko, co jest do powiedzenia w temacie 😉

  5. Dzięki należą się Sternfeldowi! Jego strona to skarb. Pisałem o Ameryce, ale i we Włoszech dał radę. BTW jak na razie Rush hours to pieśń przeszłości 😉

Dodaj komentarz