„Przedwojnie” Łukasza Hassliebe, recenzja

„Przedwojnie” Łukasza Hasseliebe to książka o gotowaniu żaby w sosie biało-czerwonym. Pokazuje żabę w momencie, w którym orientuje się ona, że jest Polską i jakby mało było tej dobrej nowiny, orientuje się też, że jest żywcem gotowana. Sama siebie Polska gotuje. Czas na skok! Żaba się napina, Łukasz na nią sadza czytelnika, podkręca ogień i galop się zaczyna. Lecimy przez apokalipsę, która na koniec okazuje się własną kuchnią, z rosyjskim gazem, garnkiem, ogniem, z zapasami na dwa tygodnie, z pracą zdalną i szkołą przez Skype, z imieninami cioci i Całym frontem rodzinnym, i wyborczymi kartami, które jak te pocztówki wysyłamy w przyszłość. Hassliebe sprawił w „Przedwojniu”, że ta Polska, co ją sobie gotujemy, odpisała nam.

„Przedwojnie”, czyli o tym, że jednak nie będzie „jakoś” 

„Przedwojnie” to powieść Polsce za dekadę, albo za siedem coraz chudszych lat. Jesteśmy oficjalnie w już nie tyle we wspólnym europejskim domu, co w przyległych budynkach gospodarczych (Unia Trzeciej Prędkości). Prawica jest rozbita. Cudotwórca, co ją trzymał w kupie, nie żyje. PO drugiej stronie jest zaś, jak zawsze. Tylko deszczu mniej pada, dronów więcej, niż gołębi, przerwy w dostawie prądu, choć napięcie rośnie i dym, ciągły dym na ulicach. Kto po „Przedwojnie” sięgnie, nie pożałuje, chyba, że bardzo kocha PiS albo PO. Wtedy może się oburzyć. Bohaterowie bowiem myślą sobie w tej książce niejedno i niejedno robią. Nie tylko, że używają brzydkich słów, ale są też przekonani, że to słowa adekwatne. Pokazany w książce Łukasza Hassielebe, czyli Galopującego Majora upadek Polaków okazuje się, jak zawsze, ich wspólnym dziełem, znojem na ugorze głów, gdzie krwi sąsiada nie odmówi nikt, gdzie każdy swoją szczapę dołożył, by z domu było ognisko. Tylko autor, wbrew narodowej tradycji, mówi, co myśli.

Symetryzm i jego teorie

Galopujący Major to bloger polityczny, któremu przypisuje się symetryzm. W symetryzmie chodzi o to, że gdy polityk partii A kradnie, to nie znaczy, że polityk partii B nie powinien przejść na dietę. Oburzające! Tak naprawdę jednak to nie o to w symetryzmie chodzi. O co więc? W dyskusjach znawców, o co i kto jest symetrystą, każdy teolog odkryje sympatyczny klimat pierwszych sporów o Trójcę w Kościele, z klątwami sypiącymi się jak zakazany ryż po ślubie. Major, czy też Łukasz Hassielebe od lat bloguje w tym ciepłym klimacie polskiego sporu i wychodzi z tego obronną ręką. Kto Majora czytał na jego blogu, znajdzie w „Przedwojniu” obserwacje z jego wpisów. To bowiem powieść nie tyle futurystyczna, co apokaliptyczna. To, co według Majora teraz gryzie nasz kraj od środka, wydostaje się w „Przedwojniu” na powietrze i chodzi po mieście, zagląda do okien i zionie. 

„Przedwojnie” idzie czytać

Bałem się trochę tej powieści, wobec zalewu książek o Polsce przyszłości, często imperialnej, która wygrała już nie tylko II, ale czasem nawet I Wojnę Światową. Wiele z nich ma nieciekawą fabułę, autor spisze trochę proroctw i pomysłów i to nie jest ciekawe, tylko żenujące. Ale bałem się krótko. Majora znam z dobrze uziemionej miłości do literatury. Chodzi po ziemi, jeśli idzie o książki. Jeśli ktoś miał zrobić dobrą powieść o Polsce przyszłości, to on. Istotnie. Znalazłem w „Przedwojniu” solidną architekturę poczytnej powieści, akcję nakrapianą poezją, bez przesady, bez banału i żenady, choćby bohaterowie tacy właśnie bywali. Major im na chłodno tego współczuje. Pisze o nich, jakby byli prawdziwymi ludźmi z krwi, kości i złudzeń, i tak się o nich czyta. Być może to bardziej niż cokolwiek sprawia, że tak przychylna jest ta moja recenzja. 

Gdybym miał wiarę i nadzieję na „Przedwojniu”…

Problemy teologiczne porusza „Przedwojnie” trzy: wiarę, nadzieję i miłość. Stawiam Łukaszowi Hassliebe szóstkę z katechezy za to, jak podkreślił ładnie, która z nich jest najważniejsza. Bez której jesteśmy wszyscy wielkie, miedziane cymbały… Zacznijmy jednak od wiary. Jeśli nie masz wiary, na przykład w to, że wysiany pomidor wzejdzie, że trzeba go potem pikować, i że warto to robić, bo coś robić trzeba, po to Bozia dała życie, zdrowie, tłumaczyła mi Babcia, bez wiary więc, że rozsadę pomidora trzeba zasadzić w szklarni, cóż zostaje z człowieka? Bez wiary w to, że praca i życie ma sens? Kościół ma tu odpowiedź głębszą niż jakakolwiek inna. Bóg, On nawet brzmi lepiej niż liberalizm, patriotyzm czy socjalizm! A jednocześnie jest Tajemnicą. Może dlatego nikt Go z bohaterów „Przedwojnia” nie bierze na poważnie, nawet ci, którzy Go rzekomo bronią. Obrazić się na to, że w tej powieści tak jest, nie ma sensu. We właściwej Apokalipsie wiara też jest rzadka. Przemyka między bestiami o siedmiu głowach i upadającymi Babilonami. Kryzysowi wiary w „Przedwojniu” towarzyszy brak nadziei. Ją zaś, jak to lewicowiec, kojarzy Major z pracą.

…a miłości na „Przedwojniu” nie miał…

Najważniejsza jest jednak ta, o której czytają na każdym polskim weselu. Miłość! Tu świecki przecież Hasseliebe jawi się prawie jako rekolekcjonista. Z jego władzą nad językiem zresztą byłby pewnie wybitnym grzmicielem ambon. Autor „Przedwojnia” sugeruje bowiem, że miłość wymaga uwagi i chodzenia po ziemi, wymaga zorientowania się, że inny człowiek istnieje, że mu serce bije i się zużywa, jak mi. Brak tych podstaw miłości, czy to wielkiej, społecznej, czy to zwykłej, małżeńskiej, zabija. Nie tylko duchowo, bo egoizm czyni człowieka znudzonym i zblazowanym, ale też tak, że ten człowiek, którego nie kochasz, ani nie nienawidzisz, może wykręcić numer stulecia i nie zorientujesz się, bo nie uważałeś. Wielkim tematem „Przedwojnia” jest przemoc, władza i zemsta, ale Major z ironią wskazuje, że nawet zła trójka nie obejdzie się bez uwagi i bez pracy. No i ten moment, gdy staje się jasne, że bohater jednak czegoś się uczy. Tu z ambony „Przedwojnia” ogłasza nam Major cud. Bo jak inaczej nazwać to, że chłop po trzydziestce jest w stanie czegoś się nauczyć?

…poszedłbym do kościoła.

Jak kiedyś napisał Stanisław Lem, metodą małych kroków można doprowadzić do pijaństwa nawet zlot kapelanów straży pożarnej. Ta obserwacja, wyrażająca tę samą myśl, co słynne stopniowe gotowanie żaby, tłumaczy los katolików na „Przedwojniu”. Kościół ówczesny jest przegotowany. Jest jak kapelani, którzy jeszcze ryczą „Barkę”, ale zaraz przejdą do strażackich piosenek. Otóż wśród grzechów kleru, które Major tam pokazuje, ja widzę jako główny naiwność. Jechałem kiedyś z gorliwym katolikiem, który dzielił się ze mną zachwytem nad patriotyzmem kibiców. Oglądał w telewizji, albo i na żywo, nie pamiętam, oprawę meczu. No i podkreślał mi, że oni, ci kibice, na pewno, jak będzie trzeba, pójdą walczyć i ginąć za ojczyznę! Weź takiemu powiedz, że po drodze ktoś z tej grupy może zboczyć na łupienie sklepów! Taka naiwność polega na stawianiu symboli nad rzeczy. Nieraz myślimy, że ojczyzna jest w tych flagach, hasłach, okrzykach, a nie w bibliotekach, urzędach, słupach. Za życie zaś w świecie fikcji anioł dziejów dawno ustalił karę. Wali narody w cztery litery wielkim mieczem i, jak pamiętam ze szkoły, nie zawsze uderza na płask.

Kogo skusi „Przedwojnie?”

Pytanie, czy ta mroczna powieść jest na kwarantannę? Ja przeżyłem ją bardzo, ale pomogła mi się zresetować, odzyskać równowagę. Tu zaznaczam, że to mocna rzecz, nie bez wulgarności i trzeba wiedzieć, że się ma ochotę. Tym zaś, którzy siedzą głęboko w okopie prawicowym bądź liberalnym, tym zdradzę tajemnicę, która może skusić ich do lektury. Oto w „Przedwojniu” to nie prawica, nie liberał, ani żaden faszysta dostaje srogie cięgi, lecz lewica, bo jej nie ma! No, gdzieś tam w tle się kręci, jako jedna złamana demonstracja, a pisząc złośliwie, też jako bajania starego ubeka, który gdyba, co było można. On też Polak! A gdybylogia jego tradycyjna jak barszcz czerwony. Ten brak lewicy musiał być pisany gorzkim atramentem. Widać bowiem, że Łukasz Hassliebe, czyli Galopujący Major to zwierzę polityczne, ba, pisarz polityczny i wierzący w politykę jako najwyższą formę miłości. Dlatego też pewnie tak ona wygląda, prawda? Bo zepsucie najlepszych rzeczy razi najmocniej. 

 Apokalipsa Galopującego Majora

Major napisał apokalipsę. Pokazał, co już jest, a a czego polska żaba jeszcze nie czuje. Zamiast recept, z których nikt i tak nie skorzysta, dał coś cenniejszego. Inspiracje. Metafory, Obrazy. Na przykład, to pikowanie pomidorów! A przy tym Major dał rozrywkę. Zrobił to w powieści, która poleci wysoko. Zakreśli tor tej niedoszłej majowej komety, bo „Przedwojnie” trzyma się kupy, gdy ona już się nam rozpadła. Wytrzyma lot nad niejednym pokojem wkurzonego rodaka. „Przedwojnie” będzie czytane, przeklinane, tulone, wyrzucane na makulaturę, a potem kupowane drugi raz. Będzie oplute ze śmiechu i na poważnie, będzie kradzione. Przerzucane jak gorący granat w dyskusjach radiowych, wybuchnie w internetach. Będzie spadać z ambon. Za dużo tam pobroiły siostry zakonne, by stamtąd też nie poleciało. Pewnie też ktoś tę debiutancką, a tak smaczną powieść podpali. Wtedy „Przedwojnie” poleci w słupie dymu na niebieską półkę książek, które oburzyły tych, ktorym oburzenie robi za sens życia. Pomacham wtedy „Przedwojniu” własnym egzemplarzem, bo na pewno jeszcze nie raz przeczytam o tym, jak Polacy gotują swą żabę. Co nie znaczy, byś nie miał pracować nad następną powieścią, Majorze!

uwagi

  1. Tak, to mit. Już prędzej żaba na drabince deszcz przepowiada 🙂

  2. Musiałem zgooglać ową żabę, bo był to zwyczaj mi obcy 😀 Kiedyś widziałem figurkę MB z płaszczem zmieniającym kolor w zależności od ciśnienia – na niż z niebieskiego robił się różowy 😀

  3. Uroczy płaszcz! Ja tę żabę pamiętam z wytężonych studiów nad komiksem kaczor donald, było tam pełno takich bzdur 😉

Leave a Reply