Kartki znalezione na ambonie [6] Czy moralizowanie działa?

Wielkie pytanie brzmi, czy moralizowanie działa. Czy dzieci z Wisły, od których zaczął się ten esej, bez kazania byłyby skazane na kradzież? A czy z nim nigdy niczego nie pożądały?

Zacznijmy od tego, że kaznodzieje, nawet bardzo gorliwi, często wątpią w skuteczność własnego głoszenia. Uważają, że ludzie słuchają ich jak muzyki. Anegdoty o starożytnym rodowodzie ich pocieszają, w rodzaju tej, że na umytych owocach nie ma wody, co ma usprawiedliwić tych, którzy niczego z kazania nie zapamiętali, jakby ważniejsze było ogólne uczucie zbliżenia z dobrem. Trzymając się wodnych metafor, sama powtarzalność treści w ciągu roku może kojarzyć się z zatykaniem palcami zbyt wielu dziur w burcie łodzi. Jak to trzeźwo ujmuje pewien Rybak, umyta świnia radośnie wbiegnie w błoto.

Piotr Apostoł i polscy kaznodzieje nie są osamotnieni w swoim sceptycyzmie. Steven Pinker w swoim monumentalnym „Zmierzchu Przemocy” zalicza religię do źródeł wojen i rozrób między ludźmi. A kaznodziejstwo? Pinker uważa, że religijne moralizowanie niweczą dogmaty, o które ludzie potrafią się zabijać. Ciekawe, że w powszechnym przeświadczeniu kaznodziejów właśnie dogmaty są najtrudniejsze do przekazania z dzisiejszej ambony. Podejrzewam, że dzieje się tak dlatego, że kiedyś pełniły rolę sygnałów istotnych dla wspólnot, czyli rolę, którą teraz przejęły wspomniane humanizmy.

Dogmaty dogmatami, ale co z moralnością? Czy zachęcanie ludzi do dobrego nie ma wpływu na ich postępowanie?

Ostatecznie ma. Jest to wpływ niewielki, ale odkładając się w społeczeństwie przez długie okresy czasu, potrafi je zmieniać. Wychodzi to w badaniach nad Europą i jej nietypowymi dziejami, wszyscy słyszeli o protestanckiej etyce pracy, a mnie kiedyś znajomy pisarz, niechodzący do Kościoła, zrobił wykład o tym, że najbogatsze regiony współczesnej Unii są katolickie, bo religia nasza dobrze wpływa na kreatywność. Ostatnio głośny był artykuł o powiązaniu rozwoju społeczeństw Zachodu i ich skłonności do zmiany z tym, że średniowieczni kaznodzieje gromili z ambon małżeństwa między kuzynami. 

Ale nie dlatego moralizatorstwo kwitnie i dziś, że jest długodystansowo pożyteczne, lecz dlatego, że ludzie lubią je jak sól. Franciszek Dobrowolski na ambonie był to krzepiący widok. 

Jest coś jeszcze. Jest paradoks z żydowskiego kawału. Trochę po linii narkotyku, jak to Marks wykładał. Moralizatorstwo na kazaniach służy ukrywaniu przed ludźmi ich własnej tragedii. Odwraca uwagę od trupa, którym się staniesz. Jeśli masz siłę szukać winy w sobie i siebie naprawiać, nie patrzysz na okrutne oblicze świata. 

Kazanie na pogrzebie dziecka pozostaje od czasów Księgi Hioba najtrudniejszym kazaniem. Podręczniki kaznodziejstwa mogą powtarzać bez końca, że krzyż Chrystusa, że Jego zmartwychwstanie, że nadzieja, wiara i miłość są ważniejsze, pełniejsze od Dekalogu, ale w praktyce jest to trudne do wypowiedzenia tak, by brzmiało to namacalnie. Lepiej, niż słowa, wyraża nadzieję cisza i obrzęd.

Moralizowanie i religia ciągle się mieszają. Czasem walczą ze sobą, a moralizowanie najczęściej wygrywa, bo jest prostsze i obiecuje już tu na ziemi dobre owoce. Ambona, ten arcyludzki mebel, zawsze staje po stronie ludzkich słabości, zwłaszcza tej nie wyglądającej na słabość, a przecież skutecznie kuszącej do poprawiania bliźnich.

Dodaj komentarz