Karki znalezione na ambonie [5] Moralizowanie

Sygnały apelujące do wspólnego światopoglądu są ważne w kazaniach, ale ich nie wyczerpują. W naszych kazaniach znajdziemy coś starszego, niż humanizmy. Pierwotnego, zwierzęcego nawet. 

Moralność. 

Dwom kapucynkom w sąsiednich klatkach za naciśnięcie guzika dają kawałek ogórka. Po kilku turach jedna z nich dostaje winogrono, druga to widzi, jednak dostaje znów ogórka. Zdanie o ogórkach i winogronach mają zaś kapucynki takie, jak my. Małpa, która dostała ogórka, patrzy na winogron w rękach koleżanki z klatki obok, po czym krzyczy i rzuca ogórkiem. 

Każdy człowiek wie, czemu ta kapucynka kręci ogórkoburzę. Kapucynkę napełnia moralne oburzenie. Naukowiec eksperymentem podeptał jej zasady, interes i pozycję w grupie. Tak, jak ostatnio mnie pewien profesor na KUL-u podeptał przy egzaminie, który za dobrze zdałem. Ach, ci naukowcy.

To, co czułem ja czy ta kapucynka, ta emocja, to wysokojakościowe paliwo kazań. 

Nie możemy żyć bez tej emocji, ale jest ona kłopotliwa. 

Definicja słownikowa o kazaniu jako moralizowaniu, której wyżej umknął ks. Dobrowolski, złapała wystarczająco wielu, by uzasadnić skojarzenie z nudą, obłudą i traktowaniem ludzi jak dzieci. Moralizowanie ma złą prasę. Łatwo przeradza się w panikę moralną, szybko rusza tropem wrogów. Niesie ryzyko rzutowania swych wad.

Swego czasu całe Stany Zjednoczone chichotały z tego, jak pachnie z ust pastorom nawołującym do prohibicji. Głośniejsi z nich nieraz lubili popić. 

Moralizowania nikt nie lubi, a wszyscy je uprawiają. Niemal nie da się od niego uciec na ambonie. Dostaje mu się w definicji słownikowej kazania, w artykułach teologicznych, w dyskusjach przy stole. Kryje się zawsze blisko nas. Zjawia się nawet w krytyce moralizowania. Kiedyś, na przykład miałem wyrzuty sumienia po kazaniu, na którym wzywałem do nieprawienia kazań.

Moralizowanie jest z nami, bo je skrycie kochamy. Jest specyficzne wrażenie na kościele, gdy kaznodzieja czuje, że ludzie chcą żałować, chcą bić się w piersi. Zbierałem niejeden raz tacę dla księdza, który, jak się zdawało, przegiął w surowości. Ludzie sypali mu cicho królów polskich. Ludzie naprawdę chcą czasem usłyszeć, że nawalili, lubią, gdy słowa kaznodziei kują ich grzechy. 

Gdy moralizatorstwo jest przerośnięte, staje się słoniem na ambonie, jak wspomniane wyżej humanizmy. Moralizatorstwo może oznaczać, że kaznodzieja szuka uzasadnienia dla swojej funkcji w czymś, co namacalne. Jakby tam nie było z dogmatami, to na pewno jestem potrzebny, by odwodzić ludzi od grzechu, może sobie taki ksiądz pomyśleć. 

Ratzinger w swoim „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” pisze, że i wierzących, i niewierzących trapią wątpliwości, tak, jakby między ludźmi nie występowali nigdy w czystym stanie. Ludowa mądrość mej diecezji wyraża to gorzkim „kto studiuje teologię, ten traci wiarę”. Jeśli taki proces zachodzi, taki lub inny, moralizowanie staje się złudnym wybawieniem dla kaznodziei. Jakby nie było z nieuchwytnym Panem Bogiem, przecież dobrze jest w Jego Imię wzywać do dobra. Stąd, jak podejrzewam, niejeden nadmiar moralności, który spadł z ambony. Zwłaszcza na linii obowiązków wobec Ojczyzny. 

Czytałem kiedyś, że ojciec Janusza Palikota uzasadniał mu chodzenie do kościoła mówiąc, że tam, synu, jest Polska. Tak pojęta kaznodziejska Polska może być azylem dla wątpiących. 

Piętnastego sierpnia Matka Boża poszła do Nieba – to piękne, ale mniej namacalne, niż Bitwa Warszawska, albo prawa człowieka, albo grzech. Bóg jest nie do pojęcia, a Polska lub Europa, albo dobroć, już bardziej. 

Ograniczenia moralizowania streszcza stary żydowski dowcip: Rabin przyjeżdża do małomiasteczkowej synagogi. Chwali swe słuchaczki. O, pobożne, koszerne niewiasty, co robicie chałę i palicie światło na szabat! Wy nie jesteście jak te niewiasty z miasta, tfu, niekoszerne, nie piekące chał, nie witające szabatu! Zmarła taka i chcieli ją pogrzebać, ale ziemia ją oddała, rzucili ją w wodę, a jej nie wzięła, palili ogniem, a nie spalił jej, na koniec rzucili psom i jej nie zżarły. Za to wy, pobożne, koszerne niewiasty, jeśli będziecie piekły chały i paliły świece, to po śmierci i ziemia was przyjmie, i woda weźmie, i ogień was spali, i zeżrą was psy! 

Moralizowanie kończy się, wbrew wyskokom niektórych kaznodziei, wobec tragedii, jaką jest życie człowieka. Dlatego na pogrzebie lepiej, niż o przykazaniach, powiedzieć o krzyżu. 

Dodaj komentarz