Koliste jeziora Białorusi, Mateusz Marczewski

Naród Białoruski poczęstował Mateusza Marczewskiego chlebem i wódką nad kulistym jeziorem. Naród powiedział ze śmiechem, między żartami, że my ich nienawidzimy.

Marczewski odpowiedział, że nie nienawidzimy, a tylko nie znamy.

Czy naprawdę nie znamy Białorusinów?

Przecież każde piszące po polsku stworzenie czuje zew, by pojechać tam i wrócić z reportażem. „Koliste Jeziora Białorusi” stoją na półkach innych reportaży z tego kraju, nie licząc mnóstwa reportaży z Kołymy, Kazachstanu, Ukrainy, w końcu z tej złej macochy Polaków, z Rosji.

Jest gruzińskie przysłowie „biada tym, co uciekli i tym, co nie uciekli”. To przysłowie streszcza dzieje narodów wschodniej Europy i wystarczy lekko zmrużyć oczy, by zobaczyć, jak tworzące je litery wyłaniają się z dowolnej strony reportażu z tamtej strony globusa.

Co wyróżnia „Koliste jeziora” Marczewskiego? Na pozór nic. „Kuliste Jeziora” pełne są zniszczenia, to znaczy przemocy i zapomnienia o przemocy. Widać to zniszczenie po ludzkich twarzach, widać po domach, drogach, nawet po petach na przystanku możesz poznać, jeśli się przyjrzysz, jak skrwawione były to ziemie. Ludzie bili się, a po pobojowisku chodził zegar i dobijał wskazówką, klepsydry opróżniały się, sypiąc piasek na ciała, ale nigdy wystarczająco wiele. Zawsze z jakiegoś powodu przeżywał dysydent, babuszka, dziecko.

Do nich pielgrzymują nasi polscy reporterzy, jak ewangeliści szukający Chrystusa, by im Mękę opowiedział.

Dlatego, gdy ktoś zna „Archipelag Gułag”, wie, co będzie w tej książce, albo kto, jak ja, słuchał relacji babci o pochodzie Armii Czerwonej.

Jednak „Koliste jeziora” czytałem z zachwytem.

Marczewski wie, to co nawet ja wiem. Wie, co już wiemy o Białorusi, a czego jeszcze nie wiemy o sobie. To, czego nie wiemy o sobie, to nasze własne zniszczenie, rozpad, przemoc tego świata, od dojazdów do pracy po głodowe dawki słońca i całą resztę zwykłego życia.

Polska może jest już bogatsza niż Portugalia, ale nawet, gdyby nas Pan Bóg przeniósł na miejsce tych szczęśliwych Mikronezji, co toną przez ocieplenie klimatu, i tam wyniósł nas na wysokość Hawajów, i dał zefir, by rozpraszał smog, nawet wtedy, gdyby się proroctwa Klimuszki spełniły o pomarańczach i cytrynach w polskim ogródku i o drzewie dolarowym, to jeszcze byśmy „Kuliste Jeziora” czytali. Bo to terapia. Bo to oswajanie nie Białorusinów, lecz siebie.

Na smutki i zniszczenie daje więc Mateusz-ewangelista radę jak ruska baba, popatrz na ikony. Bo książkę tę niosą przedmioty, co rusz świeci w tekście jakiś ciekawy kształt i syci duszę. Te przedmioty to ślady walki ze zniszczeniem.

Na przykład takie zdanie, gdy opisuje dom biednych ludzi, co pozostali po Czarnobylu, choć powinni uciec: Przeszklona witryna wypełniona przedmiotami trzymanymi z pieczołowitością kogoś, kto się boi, że jeśli odejdą przedmioty, zostanie czymś na kształt zwierzęcia. Ja bym urwał na tym że jeśli odejdą przedmioty.

Nawet nieistniejące przedmioty jaśnieją. Pod Połockiem, powiada autor, są podziemia, które nie istnieją, a w których Białoruś chowa sny. Jest to jedyne bezpieczne miejsce.

Taksówkarz wierzący w spiskowe teorie, najazd Mongołów na Ruś, czołg pasący się wśród łosi, nawet sowieckie bloki, wszystko może być ikoną. Co to jest ikona? Taki ślad po człowieku, po narodzie, po języku, po Bogu nawet, ślady pusty, lecz z którego środka wciąż idzie Światło.

Dodaj komentarz