Nieradość, Paweł Sołtys

Nieradość kupują ludzie, co brali Mikrotyki. Kupują z radością, bo źródełko sprawdzone, u Pablopavo, czyli u Pawła Sołtysa, dilera opowiadań niegłupio smutnych i niewkurzająco pogodnych.

Mikortyki to był debiut! Debiut tego faceta, co dzwonił do ciebie ze snu w tej piosence, jednej z kilku, które nucę i które czasem na przystanku usłyszę. Tylko, że są to piosenki raczej z jego poprzednich płyt, nie z najnowszej. Podobnie ten drugi tomik opowiadań. Nieradość to nieradość, naturalnie, że inna od Mikrotyków. Problem, że nie tak dobra, niestety.

Pierwsze zdanie Mikrotyków znam na pamięć:

„Znałem faceta, który jadł frytki ze śmietaną, wszyscy myśleli, że to manjonez, a on uśmiechał się wysmarowany tą śmietaną jak święty Mikołaj na komisariacie i puszczał oko nad ich głowami, w chmury”.

Mikołaj, frytki i śmietana to smaczny zestaw, i to z jeszcze z alkoholem. Bo skoro ten gość przebrany za biskupa znalazł znalazł na komisariacie… Tak, to musiała być wódka. Albo mikrotyki.

Sołtys zdradza tym pierwszym zdaniem, po co mu te opowiadania. On nimi będzie otwierał okna. W nas. Będzie nam przez te okna miasto pokazywał. Ludzi, co potrafią jeść smażone kartofle inaczej, niż każe pradawny zwyczaj, a także tych, którym życie pękło. Potem, stojąc razem przy tym oknie, Sołtys łapie Cię za uwagę jak stary gołębiarz pawika, pewnie i delikatnie, po czym podrzuca. Po czym się śmieje, że jakkolwiek wredne z nas i przeżarte ptaki, co im się nie chce, to jednak, jednak latamy. Tak było w Mikrotykach.

Dlatego ludzie zapamiętali z nich, jestem pewny, litanię ku czci peerelowskich papierosów, albo kawałek o staniu w kolejce w Biedronce. Albo cięższe, bardzo ciężkie fragmenty o rozwianiu złudzeń, bo była też nieradość w Mikrotykach.

A teraz odkrywam, że w Nieradości nie ma mikrotyków.

Nieradość tak się zaczyna:

„Co ty wiesz o tym? Co tym o tym wiesz? No co? Otóż nie możesz wiedzieć nic”.

Już w pierwszym zdaniu robi z ciebie Sokratesa. Wiesz już, że nic nie wiesz.

Znów jest to program, znów jest to proroctwo na dalsze opowiadania.

Czytałem je i nie wiedziałem, co czytam.

Na przykład, czy te aluzje do historii, to kpina z robienia takich aluzji?

Czy autor, użyczając głosu babince z wioski, specjalnie miesza w jej słowa słowa swoje? Takie aluzje, których ona by opowiadając nie poczyniła, ale przed poczynieniem których pisarz nie mógł się oprzeć?

Wszyscy wiemy, jak męczący jest chłop-erudyta. No, przynajmniej ja wiem, bo sam nim jestem. Chłop-erudyta, co ci opowie o powstaniu rzymskich niewolników na kanwie październikowej pogody ma ciężar pięciu, sześciu chłopów-filozofów, dowodzących księdzu proboszczowi podczas kolędy, że z faktu istnienia Boga nie wynika celibat kapłański.

Co powinien ksiądz, co powinien pisarz, to nawet dziecko w Polsce wie, nawet dziennikarze Newsweeka. To też wraca w Nieradości. Tożsamość. Sołtys jako pisarz, przeżywanie tego pisarstwa, autoironia z tym związana. Może stąd też te aluzje, zobaczcie, że ja też trochę czytam, mówi autor, stąd to oczko puszczam, że się znam na literaturze.

To jeszcze można przebaczyć, ale jak ktoś ze słuchem zauważył podczas przedzierania się przez te strony, nie ma tu muzyki. Brak muzyki w zdaniach gościa, co zaśpiewał do stu tysięcy beczek naszych błędów!

Także oczadzili nam opowiadacza, rozbroili barda. Wmówili mu, na szkodę. Kto?

Właśnie, kto ci to powiedział, Sołtysie? Że jesteś pisarzem? Pisarzami się męczy maych ludzi w szkole! Ty masz smażyć opowiadania, byśmy się śmiali, bali, wstydzili, płakali, byśmy, słowem, polatali nieco nad tym smutnym padołem.

Twoi są żywi czytelnicy, a nie ta machina, co u nas robi za odbiorców kultury.

Dla czytelników nie trzeba być polskim pisarzem. Dla nich trzeba być rzemieślnikiem o sercu poety. Trzeba męczyć swoje zdania, by nie męczyły czytelnika, a potem posypać je zachwytem.

W Nieradości to, co niewymęczone w domu, męczy czytelników. No i nierówno posypane.

Od połowy jest lepiej. Drugim razem czyta się lepiej. Bo jak poskrobiesz, poodrywasz, to się pod spodem lawa ukazuje. Jesteśmy w Polsce, krainie pisarzy polskich, ale też krainie wiecznie zielonej nadziei.

Ufam, że trzecia książka nie porzuci mojej uwagi w drugim akapicie.

Zakończę fragmentem recenzji Piotra Bratkowskiego z Newsweeka:

„Prawdę mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatni raz przeczytałem opowiadanie, którego początek tak mnie literacko zachwycił. Zresztą Czerwiec to w konkurencji zwanej miniaturą literacką mistrzostwo świata”.

(Słowo-klucz podkreślone przeze mnie.)

Dodaj komentarz