O rodzicach i dzieciach, Emil Hakl

Gdy pierwszy raz spotkałem się z czeskim pisaniem, z dolnej części pleców zaczynały mi właśnie wyrastać skrzydła husarskie (byłem po trzeciej lekturze „Potopu”). Wtedy to wpadł mi w ręce Haszek ze swoim wesołym Szwejkiem i nagle byłem jak ta karmelitanka, która orientuje się, że w okładce „Cudów Serca Jezusowego” ktoś ukrył Don Juana de Marco. Zaskoczenie, zgorszenie, zarumienienie! ale strony jakoś się przewracają… Ostatecznie skrzydła nie wyrosły, a ja zdrowo się uśmiałem. Wychowawcy w seminarium musieli odwołać się do świętego posłuszeństwa, bym wypuścił „Szwejka” z rąk i w końcu wziął się za mszał. Potem przejechały mi przez duszę „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, słowiki roześmiały się nad jej uwiązaniem, a potem nawet odważyłem się na „Fabrykę Absolutu” oraz „Postrzyżyny” w obu wersjach, słowem, nie to, bym zdjął z piersi ryngraf, ale potrafiłem się już śmiać, i to zarówno na wesoło, jak i na smutno i uważam się jeśli nie za specjalistę, to przynajmniej za mile dotkniętego literaturą czeską.

Jestem, można rzec, honorowym Czechem. Znawcą tego i owego z literatury czeskiej, zwłaszcza po kilku piwach.

Taki więc znawca jak ja, siada w kawiarni, widzi czeskie nazwisko, bierze, ogląda najpierw okładkę, czyta, czym kuszą do przeczytania? Oto białą czcionką na granatowym, napisane jest, że Emil Hakl, jeden z najwybitniejszych pisarzy czeskich, dalej łowię, zwyczajem epoki internetów, słowa klucze, więc wydawca wabi rozmowami o historii nad jałowcówką, praskimi knajpami, że „O rodzicach i dzieciach” to książka o długiej popołudniowej przechadzce, że ojciec i syn, że ten Hakl to nowe wcielenie haszkowsko-hrabalowskiej tradycji, zakrapianej dobrym trunkiem, ciepłą ironią i tak dalej.

Chwila, myślę sobie. Czyli jeszcze więcej tego samego czeskiego ducha, Czy potrzebne mi to kolejne wcielenie? Czy nie czas, jak powiedział Budda, przerwać kołowrót? Skoro Haszek, Hrabal, Capek, to co doda Hakl? Może trzeba dalej, jakieś Indie czytać, albo Mołdawie, albo Nigerie dalekie odrywać?

Ale klimat był taki, że dałem szansę. Pisanie nie szło, więc otwieram „O rodzicach i dzieciach”, może też dlatego, że Karolina postawiła je najbliżej mojego stolika. Jedna z pierwszych stron zaraz informacja, że orangutan uciekł i wypił wino. No i co? Powiedzmy, że byłbym zdziwiony, jakby czeski orangutan nie wypił. Typowe dla czeskiej małpy, typowe dla pisarza Wielkiej Czechii.

Ale czas mijał, a ja czytałem dalej. Stara sztuczka udała się dumnym braciom naszym po raz kolejny. W końcu jednak znów trafiło się coś, co było jakby zbyt znajome i odstawiłem. Piłem kolejne kawy, pisałem przełomowe dla teologii dogmatycznej traktaty, ale właśnie Hakl znów mi się przypomniał, ta kawiarnia, jaką opisał, ta rozmowa, aż znów sięgam i czytam. Tak, niby nic, ale w glowie cała mi ta książka została, od A do Z, jakbym film obejrzał. Wróciłem do pracy, ale po pół godzinie znów zacząłem walczyc z ochotą sięgnięcia po „O rodzicach i dzieciach”. Co jest takiego w tej prozie, nie potrafię powiedzieć. Chyba życie, które sprawia, że wybacza się wszystkie potknięcia, albo nawet nie tyle potknięcia, co ten koloryt już trochę znany, bo obok jest jednak dobre pisarstwo, samo życie.

Po co czyta się książki właściwie, jakby sie swojego życia nie miało? Tak to ciągnie teologa, jak widać, w las pytań co się śmieją z odpowiedzi naszych.

Jest u Hakla, warto zauważyć, nie tylko właściwa Pradze pogodna rezygnacja. Jest obok niej bowiem fascynacja duchem słowiańskim w wersji mniej spokojnej. Często w rozmowie, którą spisał, ojciec wraca na Bałkany i zabiera syna, i nas. Niespokojna wo wycieczka w wojenne czasy.

Czytałem Hakla w środku przeprowadzki, ktora, kościelnym sposobem, spadła na mnie niespodzianie, choć też nie do końca, bo jeśli ludzie z twojego otoczenia bardzo pilnują się, by ci czegoś nie powiedzieć, to też widać, no ale tak to jest. Więc był Hakl ze swoja pasją dla opisania życia, jakim ono jest, jakoś kojący. Łatwiej pogodzić się z własnymi wybojami, gdy widzisz, że są na każdej ludzkiej drodze.

Akcenty balkanskie, o których wspomniałem, bywają ciężko strawne, mówią o wybojach co potrafią zabić i to w nieprosty sposób. Weźmy te nietypowe przetwory, kto sięgnie po ksiązkę, ten na pewno łatwo zoczy, o jaki fragment mu chodziło, czego osiemdziesiąt sztuk patrzyło na człowieka z zakręconego słoika.

Jako ksiądz lojalnie przestrzegam dobre dusze przed obecnym u Hakla brakiem potępienia dla poligamii.

Nie jest to lektura dla tych, co malują po atlasach granice od morza do morza, lub projektują kapliczkę Jasnogórskiej Pani na tym placu, gdzie leży Lenin, albo w bramie brandenburskiej oglądają oczyma duszy Matkę Ostrobramską. Jednak, jeśli już ktoś namalował i powiesił, i sobie wyobraził, może sięgnąć po Hakla i zobaczyć, jak mimo różnych miłości i namiętności, podobnie jest być i Czechem, i Polakiem, podobnie jest być człowiekiem.

Dodaj komentarz