Anioły na przedwiośnie

Niebo przeglądało się w aucie, stroiło miny jak czterolatek. Posyłało uśmiechy i zaraz markotniało, chmury ganiały za słońcem po granatowej masce. Przedwiośnie. Obudziłem sto dziesięć niemieckich koni, zastanawiając się, co wręczę Mamie na imieniny. Kwiaty nie, słodycze nie. Gdy wyjechałem na Zieloną, byłem pewien, że książka.

Gdy wybierałem, moje polo czekało spokojnie na Kowalskiej i nie pisnęło nawet, gdy przed nosem rozkraczył mu się czyjś portfel.

Zamurowało mnie, gdy po trzech minutach stanąłem na dole zaułka Hartwigów.

Przestałem kartkować zdobycz, zamknąłem okładkę w uśmiechniętym neurologiem na motorze. Portfel stał na chodniku jak harcerski namiot i wyglądał zupełnie jak mój własny, z tym, że zmęczony kilkoma dodatkowymi zimami. W środku byli jednak obcy ludzie, mężczyzna na dowodzie i dziewczynka na zdjęciu. Ze znajomych tylko dawno zmarli, piastowscy królowie. 

Gdy grzebałem w cudzym portfelu z nadzieją na adres, podeszła do mnie starsza para, jak z filmu o tamtej Polsce. Spod kapelusza wyfrunęło uprzejme pytanie, Przepraszam Pana, czy tu jest serce Starego Miasta? Odpowiedziałem że trzeba pójść na górę, potem Rybną na rynek i ku Katedrze. Powinno leżeć gdzieś na bruku, pewnie niedaleko dominikanów. 

Znaleźć serce miasta jest łatwo, tylko o zrobić z portfelem?

Biura rzeczy znalezionych były pozamykane, pozostała zawsze miła policja i już czułem w kościach, że to dobro będzie wiele mnie kosztować i zazdrościłem tym, co zgubę minęli.

Wtedy dowiedziałem się, jak bardzo może ucieszyć widok nieznanego człowieka!

Facet posuwał się powoli od placu zamkowego, patrząc pomiędzy zaparkowane samochody. 

Byliśmy uratowani.

Prócz uśmiechów i wyrazów wdzięczności, czekał nas jeszcze krótki taniec z pieniążkiem, bo ja się miałem za takiego, co nie weźmie, a on za takiego, co zaproponuje siedem razy. I całe szczęście, że go zatańczyliśmy, aż po zasłanianie kieszeni, bo kilka metrów nad nami otwarło się okno i rozpoczął ostrzał Gang ze Starówy. 

Było ich trzech, mieli w sumie ze dwadzieścia lat i drugie tyle balonów z wodą. Do tego zaś niewąski problem z celowaniem, bo żaden nie trafił, aż było mi głupio, że suchy wsiadam do auta, odprowadzany przez spojrzenia pełne dziecięcego rozczarowania.  

Za to mój anioł stróż machał im i uśmiechał się, zadowolony jak kotka, która przynosi pani nornicę na śniadanie.

Pędząc obwodnicą dziwiłem się mistrzostwu tego popołudnia. 

Weźmy samą tylko godzinę piętnastą dziesięć. Uzyskała ona efekt wiosny jedynie błękitem, złotem i stubarwną szarością, nie odkręcając nawet tubki z zielenią. 

Na końcu drogi, do całego tego dobra dodano mi jeszcze tę łaskę, że mogłem się przejrzeć w uśmiechu mojej Mamy. 

uwagi

  1. Uwielbiam rozkoszować się małymi i wielkimi, codziennymi radościami:)

Dodaj komentarz